Przy okazji ostatniego odcinka zapowiadałem kolejny tekst na blogu zaraz po moim starcie w Deep Stack Open w Lloret de Mar, na który się wówczas wybierałem. Jak widzicie piszę go dopiero teraz, miesiąc po turnieju. Nieprzypadkowo. Szczerze mówiąc nie miałem ochoty w ogóle nic pisać, bo takiego turnieju nie przeżyłem jeszcze w swojej karierze, choć gram już w pokera ładnych parę lat…
W czerwcu zapakowałem rodzinę w samolot i polecieliśmy na wakacyjny wypoczynek na Costa Brava. Moim celem był również – a może przede wszystkim – występ w turnieju Deep Stack Open, rozgrywanym w świetnej formule. 50.000 żetonów na start, 50-minutowe poziomy blindów, przystępne wpisowe 550€, spory field – nic tylko grać. Grałem już ten turniej kilka razy, między innymi właśnie w Gran Casino de Costa Brava w Lloret de Mar w 2011 roku, wiedziałem więc, na co się trzeba przygotować. Tabuny francuskich i hiszpańskich graczy prezentujących poziom co najwyżej podstawowy, a w większości przypadków po prostu bardzo słaby. Już po kilku pierwszych rozdaniach przy moim stole wiedziałem, że moje przypuszczenia się sprawdziły. Przez połowę pierwszego levelu (blindy 50/100) widziałem przy stole kilkanaście potów po 10-15k, dwie pule osiągnęły poziom ponad 30k! Otwarcia po 6-9BB, overbety przez trzy streety, o strategii small ball raczej nikt tam nawet nie słyszał, nie mówiąc o czymś takim jak kontrola puli. Krótko mówiąc – jedna wielka naparzanka od pierwszego rozdania!
Na początku tylko się temu wszystkiemu przyglądałem i oceniałem graczy. Gdy obejrzałem ze trzy flopy z jakimiś lepszymi kartami to już byłem o 5k uboższy. W końcu przyszło pierwsze większe rozdanie. Podbiłem z KK i dostałem mocny raise od bardzo dziwnie grającego gracza, który zachowywał się tak, jakby każda grana przez niego ręka była sprawą życia lub śmierci. Oczywiście taką grą na początku trochę wystraszył wszystkich grających przy stole, którzy bali się sprawdzać jego overbety, ale jak już ktoś w końcu go sprawdził raz i drugi, to jego karty lądowały szybko w mucku i jasne się stało, że po prostu ordynarnie blefuje i stara się brać przeciwników „na huki”. Sprawdziłem z tymi królami i na niskim boardzie sprawdzałem go na flopie, turnie i riverze, po czym zobaczyłem u niego AA… Spadłem w ten sposób do około 22k.
Ratunek przyszedł już po chwili. Dostałem QQ i 3-betowałem preflop zawodnika siedzącego przede mną. Spadł flop Jxx, po checku rywala zagrałem c-beta, on to sprawdził. Turn do dama i kolejny bet i call. Na river zagrałem all in i dostałem szybki call. Rywal pokazał mi seta waletów i strasznie się zmarszczył, gdy pokazałem mu swojego seta dam. Miałem ponownie prawie startowy stack.
I wówczas przyszło TO rozdanie. Do tej pory jak o nim pomyślę, to robi mi się na zmianę słabo, niedobrze i zwyczajnie przykro, bo czegoś takiego nie przeżyłem do tej pory nigdy. Zaczął się właśnie trzeci level, blindy 100/200. Rozdanie rozpoczął jedyny gracz, który coś przy stole naprawdę ogarniał (nazwijmy go Łysy) otwierając z UTG+1 za 650. Dostał call od dziadka siedzącego za nim. Na to młody hiszpański gracz siedzący dwie pozycje przede mną, który zdążył się już mocno nabudować przebił do 1350. Ja na buttonie podniosłem 88 i sprawdziłem, podobnie jak Łysy i dziadek za nim. Flop marzenie – 863 w tęczy! Dwaj pierwsi gracze zaczekali, młody Hiszpan zagrał c-beta za 2750, co ja tylko sprawdziłem licząc na jakąś akcję od dwóch pierwszych graczy. I nie pomyliłem się, Łysy natychmiast złapał za żetony i wypalił raise do 10.500! Dziadek szybko pozbył się kart, na co młodziak odpowiedział… all inem za ponad 90.000!! Ja oczywiście szybko wepchnąłem swoje 50k, na co Łysy dołożył swoje 50k!!!! W puli było więc około 150k przy blindach 100/200, 750 big blindów! A ja mam nutsa! Łysy pokazał seta trójek, a agresywny Hiszpan… 97 off! Już na turnie spadła dziesiątka dająca mu strita, river nic nie zmienił, a ja po prostu nie mogłem uwierzyć w to, co się właśnie stało. Chyba po raz pierwszy w życiu odchodziłem od stołu ze łzami w oczach, maksymalnie załamany i zdołowany przegraną tak olbrzymią pulą, która dawałaby mi fantastyczny stack do dalszej walki w turnieju. Pokerowi bogowie nie byli jednak tego dnia po mojej stronie…
Na szczęście udany urlop w pełni wynagrodził mi turniejowe smutki. Lloret de Mar to świetne miejsce do wypoczynku, pogoda sprzyja, jest gdzie połazić, wszędzie pyszne żarcie w restauracjach, do Barcelony niedaleko, atrakcji sporo. Są w zasadzie tylko dwa minusy. Po pierwsze wszędzie, na każdym kroku, dosłownie w każdym miejscu Lloret de Mar są Rosjanie. Po czasach opanowania przez nich najpierw kurortów w Egipcie, a potem w Turcji, teraz przyszła chyba pora na Hiszpanię. Idzie za tym drugi minus – ceny. Pamiętam czasy (a jeżdżę na Costa Brava od 1996 roku), gdy ceny były zdecydowanie niższe niż obecnie. Teraz wszyscy sklepikarze i restauratorzy – tak jak to miało miejsce we wspomnianych Egipcie i Turcji – nastawili się na rosyjskich turystów, którzy szastają kasą na prawo i lewo, nie licząc się z wydawanymi euro. Szczególnie widać to w Barcelonie, która jest kosmicznie droga dla turystów. Na przykład bilet do barcelońskiego ZOO, które jest wielkości mniej więcej połowy ZOO w Warszawie kosztuje 20€ od osoby (w Wawie chyba około 15-20 złotych). Oceanarium, które przeszliśmy całe w jakieś 30 minut – również 20€ od osoby. I tak na każdym kroku, gdzie się człowiek nie ruszy musi mieć przygotowane minimum 15-20 euro na bilet wstępu do każdego ciekawego miejsca w stolicy Katalonii. Patrząc na to wszystko z perspektywy cen na mojej ukochanej Teneryfie (w końcu też hiszpańskiej), to Barcelona i jej okolice są nieporównywalnie droższe, a jakość jednak nie taka, jak się człowiek spodziewa. Mówiąc wprost – większość tych atrakcji nie jest warta takich pieniędzy. Ale że ruskich turystów i tak to nie odstrasza, to z chętnymi problemu nie ma. Jaki popyt, taka podaż. Nie dziwne jest więc stwierdzenie, że Katalonia to najbogatszy region Hiszpanii. Z takimi cenami to nie problem…
Oczywiście podczas urlopu cały plan wyjść i wycieczek podporządkowany był trwającemu Mundialowi. Ostatnie mistrzostwa chyba każdy rozsądny kibic uzna za absolutnie fantastyczne, bo emocji, bramek i ciekawych spotkań było mnóstwo. Kibicowałem od początku jak zwykle „moim” drużynom, czyli Anglii, Holandii, Belgii, Portugalii i Meksykowi. Anglia i Portugalia dały ciała na całej linii, Meksyk wpadł zaraz na Holandię, Belgia odpadła z Argentyną i zostali mi tylko Oranje w półfinałach. Postawa tej drużyny interesowała mnie w sumie najbardziej z jednego powodu – zaraz po zakończeniu Mundialu trenerem Manchesteru United, któremu kibicuję od lat, został Louis Van Gaal, szkoleniowiec Pomarańczowych. Postawa Holendrów była w całych mistrzostwach fenomenalna i nie zmieni tego nawet pechowo przegrany półfinał w karnych z żenująco słabo grającą cały czas Argentyną, która ślizgała się od rundy do rundy i tylko cudem i kilkoma przebłyskami geniuszu Messiego i Di Marii dotarła aż do finału. Holendrzy grali jednak cały czas równo, a kilku graczy zaprezentowało się na tyle dobrze, że jestem pewien, że od nowego sezonu zamienią Ajax, PSV czy Feyenoord na czołowe kluby Europy. Mam nadzieję, że za LVG przyjdzie do United kilka czołowych postaci z tej drużyny. Marzą mi się Ron Vlaar z Aston Villi, Daley Blind z Ajaxu i Bruno Martins Indi z Feyenoordu na obronę i Memphis Depay z PSV do pomocy. Może chociaż jeden z nich trafi na Old Trafford, bo przebudowa drużyny po ostatnim nieudanym sezonie trwa w najlepsze.
A na koniec tego wątku jeszcze świetna reklama nowych koszulek Manchesteru United.
//www.youtube-nocookie.com/v/MQLMeywyy7g?version=3
Jednak muszę jeszcze napisać kilka słów w temacie piłkarskim. Ostatnio strasznie zbulwersowała mnie informacja o organizacji towarzyskiego spotkania na Stadionie Narodowym pomiędzy Realem Madryt a Fiorentiną. Sama idea jak najbardziej fajna, bo przecież nie mamy możliwości oglądać gwiazd z Madrytu w Polsce zbyt często, ale to, co mnie powaliło, to ceny biletów na ten mecz. Obejrzenie tej towarzyskiej potyczki z trybun kosztuje od 190 do 950 zł, przy czym średnia cena biletu na lepsze sektory Narodowego wynosi od 350 do 550 zł. Dla porównania – ten sam Stadion Narodowy poinformował właśnie o rozpoczęciu sprzedaży pakietów biletów na mecze eliminacji do Mistrzostw Europy ze Szkocją i nowymi mistrzami świata, Niemcami. Cena – 320 zł za dwa bilety na te same najlepsze sektory na stadionie. Gdzie tu jest logika w takim razie?? Moim zdaniem kogoś nieźle porąbało, jeśli za towarzyski mecz (w którym notabene i tak pewnie nie zagra CR7, bo chodzą pogłoski o jego kontuzji) chce od kibiców wyciągnąć tyle kasy. Szczerze mam nadzieję, że ludzie pójdą po rozum do głowy i nie zapłacą tyle forsy naciągaczom organizującym mecz.
Kilka dni temu odwiedziłem z żoną i znajomymi Stadion Narodowy z innej okazji, odbywał się bowiem na nim festiwal Sonisphere, na którym głównym punktem programu był występ chłopaków z Metalliki. Zagrali oni setlistę utworzoną przez samych fanów zespołu, którzy głosowali na swoje ulubione numery, a te, które dostały najwięcej głosów Metallica zagrała w Warszawie. Powstał z tego taki „The Best Of Metallica” w wersji live i choć żałuję, że nie znalazło się tam kilka mniej spotykanych na koncertach utworów, to jednak widowisko było genialne, a ze stadionu wychodziliśmy kompletnie głusi. Ciekawostką jest fakt, że do zapowiedzenia jednego z utworów został zaproszony przez zespół na scenę mój znajomy, Menios. Jest on fanem Mety numer jeden w Polsce i chyba jednym z najwierniejszych na świecie. W zeszłym roku w grudniu wydałem w Anakondzie jego książkę „W pogoni za Metalliką”, w której opisuje on 64 koncerty zespołu, które widział na żywo na całym świecie i generalnie całą swoją zajawkę na punkcie Mety. A wierzcie mi, że ma o czym opowiadać! Oczywiście od tamtej pory liczba koncertów już mu mocno podskoczyła, bo tylko w tym roku widział ich już znowu około dwudziestu, bo Meta jest w trasie po Europie. Fanom zespołu książkę mocno polecam, bo lektura opowieści Meniosa jest pasjonująca, a jego historie są czasami naprawdę niewiarygodne.

Przypominam również, że można oddawać swoje głosy na Dominika Pańkę w głosowaniu na Rising Star Award 2014 organizowanym przez portal Poker Listings. Głosować można do 26 sierpnia tutaj.
Nic mnie tak ostatnio nie rozwaliło, jak osoba Kacy Catanzaro i jej nieprawdopodobny pokaz mocy. Jej nazwisko oczywiście nic nikomu w Polsce nie powie, ale po obejrzeniu jej występu w programie American Ninja Warriors sami przyznacie mi rację. Wystarczy powiedzieć, że jest to pierwsza kobieta w historii, która ukończyła tor przeszkód w tym programie, ale stylu, w jakim tego dokonała mogą jej pozazdrościć nawet faceci występujący w tym show. Coś niesamowitego! Naprawdę polecam!
Na koniec tego odcinka chciałbym gorąco pozdrowić Cielsona, mojego dobrego ziomka od pokerowego stolika, który przy każdej okazji bardzo dopomina się, żebym wspomniał o nim na moim blogu. Wspominam więc i pozdrawiam serdecznie, bo z Cielsonem nudzić się na turnieju nie można (że wspomnę choćby niedawny koncert piosenek disco polo połączony z pokazem tanecznym, który dał nam podczas rozgrywania stołu finałowego).
A w kolejnym blogu opowiem Wam najprawdopodobniej o mojej konfrontacji z miłymi panami ze Służby Celnej, bo właśnie wezwanie w charakterze świadka do ich siedziby dostała dzisiaj… moja żona. Więcej szczegółów w następnym blogu, pewnie będzie wesoło!


![Co dzieje się na GGPoker we wrześniu? [Wyścigi, WSOP Online, freerolle] Wrześniowe promocje GGPoker](https://pokertexas.net/wp-content/uploads/2026/09/Promocja-GGPoker-wrzesien-100x70.jpg)
