„The Life and Times of a Poker Legend” Dave’a „Devilfisha” Ulliotta – recenzja

0

Choć od premiery minęło przeszło siedem lat, książkę „Devilfisha” wciąż czyta się znakomicie. To prawdopodobnie jedna z najlepszych pokerowych autobiografii, jakie kiedykolwiek powstały.

Po 61 latach iście bondowskiego życia wypełnionego nietuzinkowymi przygodami, pokerem, hazardem, imprezami, podróżami, luksusem, słowem: tym wszystkim, co poszukiwacze adrenaliny kochają najbardziej, „Devilfish” rozegrał swoje ostatnie rozdanie i dwa lata temu zmarł na raka jelita grubego. Na szczęścia dla fanów pokera, wcześniej zdążył jeszcze opisać to wszystko – a przynajmniej większość – w wydanej w 2010 roku książce „Devilfish: The Life and Times of a Poker Legend”. I wszyscy powinniśmy być mu za to wdzięczni.

Powiedzieć bowiem, że autobiografię Anglika po prostu się czyta, byłoby sporą nieścisłością. Ją się wręcz pochłania, akapit po akapicie, rozdział po rozdziale. Nie ma tu nudy, momentów przestoju czy niepotrzebnych dłużyzn. Jest za to kilkaset stron pełnych uwielbianej przez „Devilfisha” rock’n’rollowej jazdy bez trzymanki.

Tu chodzi o rozrywkę…

Współautor książki, Marcus Georgiou, wykonał kawał świetnej roboty, z wyczuciem przekładając na papier myśli i styl mówienia „Devilfisha”. Można odnieść wrażenie, że wcale nie czytamy książki, tylko siedzimy z angielskim pokerzystą w jakimś zadymionym pubie przy kolejnej pincie piwa, i słuchamy jego długiego monologu, przerywanego od czasu do czasu kolejnym łykiem piwa. Ale nie jest to bynajmniej monolog, przy którym oczy same się zamykają, a głowa opada w dół. Przeciwnie, to monolog, którego słuchamy uważnie i z przejęciem, co kilka minut zaśmiewając się z kolejnej nietuzinkowej anegdoty czy dowcipnych one-linerów, którymi Ulliott strzela jak z karabinu maszynowego.

Jasne, książkę czyta się lekko, łatwo i przyjemnie, niczym niespecjalnie angażujące korę mózgową czytadło, ale przecież szczytem głupoty byłoby robić z tego zarzut. Wątpię, by ktokolwiek sięgał po autobiografię Dave’a Ulliotta dla pięknej angielszczyzny (niestety nie jest dostępna w języku polskim), estetycznych uniesień czy egzystencjonalnych rozważań. Tu chodzi o rozrywkę. A tej w „Devilfish…” mamy co niemiara.

Trudno się nie uśmiechnąć, gdy Ulliott opowiada o cashówce, w którą wkupił się skradzionym chwilę wcześniej mięsem. Trudno nie wybuchnąć śmiechem, gdy mówi o swoich nieudolnych perypetiach jako członek kilkuosobowego gangu włamywaczy. Ale wymieniać można długo. Są tu opowieści o bijatykach, które mogły skończyć się dla niego tragicznie; o dwóch pobytach w więzieniu, kiedy przez 23 godziny na dobę siedział za kratami, a muszlę klozetową zastępowało wiadro; o znajomościach z typami spod ciemnej gwiazdy i karcianych podróżach po podłych cashówkach całej Anglii; o grze na wysokie stawki w Las Vegas i początkach programu „Late Night Poker”, który zrewolucjonizował pokera telewizyjnego.

… Lecz nie tylko!

Ale „Devilfish…” to mimo wszystko nie tylko czysta rozrywka. To również pokaźna dawka praktycznej i podanej w swojski sposób filozofii oraz mądrości życiowych, których na przestrzeni całego życia Ulliott zebrał całą masę. Anglik nie wchodzi jednak w buty prawiącego morały kaznodziei, nie zamierza zbawiać świata. Po prostu dzieli się z czytelnikami wnioskami, do których doszedł po życiu obfitym w doświadczenia. I brzmi to w jego ustach przekonująco:

Zacząłem z niczym i z niczym umrę. Wszyscy wiemy, dokąd pójdziemy na samym końcu, i to bynajmniej nie na piknik z Jezusem, dwie chmury od Boga. To będzie wielka czarna dziura w ziemi albo metalowa urna pod schodami – tam właśnie skończę. Więc jeśli mam opuścić ten świat z pustymi rękoma, równie dobrze mogę świetnie się bawić, póki wciąż tu jestem. Na pewno się staram.

Kiedy twoje życie prywatne jest ułożone, a rodzinie niczego nie brakuje, wtedy możesz z powodzeniem walczyć z całym tym gównem, jakim rzuca w ciebie życie.

Istnieją różne rodzaje więzienia. Jednym z nich jest praca od dziewiątej do piątej, stanie za ladą przez cały dzień [Ulliott był właścicielem lombardu i przez pewien czas zajmował się także bezpośrednią obsługą klientów – przyp.red.]. Czułem się tam jak zwierzę w klatce. W więzieniu nie spodziewasz się niczego innego, ale tu, na wolności, czułem się, jakby świat mi gdzieś uciekał.

Ostatni z wymierającego gatunku

Ulliott nie zamierzał na potrzeby książki pudrować swojego wizerunku. I była to najlepsza możliwa decyzja. „Devilfish”, jaki wyłania się z autobiografii, to „Devilfish” autentyczny. Tam przeklnie, tu rzuci sucharem, gdzie indziej w, powiedzmy, specyficzny sposób podkreśli swoje zamiłowanie do kobiecych wdzięków. Pokerzysta nie ukrywa swoich słabości, cech charakteru, z których nie jest dumny, z drugiej jednak strony – skromność nie należy do jednej z jego cnót i na kartach książki wielokrotnie możemy się o tym przekonać.

„Bałam się, że książka będzie słaba. Dave Ulliott to mój przyjaciel. W dodatku ma broń” – pisała w swojej recenzji na łamach The Guardiana świetna pokerzystka i dziennikarka Vicky Coren. „Ale niepotrzebnie się martwiłam. Książka jest, jak on sam, szybka, zabawna, straszna, mądra, pyszałkowata, kolorowa”.

Na koniec ponownie oddajmy głos „Devilfishowi”:

„Wydaje się, że jestem jednym z ostatnich, którzy musieli ciężko walczyć, by wyjść na swoje. Teraz już się tego nie spotyka, bo po prostu nie ma takiej potrzeby. To oczywiście dobre dla młodych graczy, ale równocześnie złe dla tych, którzy będą później czytać ich autobiografie”.

10. urodziny baner