Los drugos odcinkos

Na początek należy chyba skomentować wydarzenia bieżące. Tutaj zacznę od rutynowego odcięcia się od władz portalowych i zapowiem, że wymawiane przeze mnie stwierdzenia są moją własną indywidualną oceną sytuacji i nie należy ich utożsamiać ze stanowiskiem portalu, jakie by ono nie było. Wracając do meritum: jakiś człek wparował do biura poselskiego partii PiS i postanowił pobawić się bronią i dziabnąć co nieco nożem. Krzyczał przy tym, że na pierwszym miejscu w hierarchii persona non grata jego wewnętrznej piramidy egzystencjonalnej znajduje się prezes wspomnianego powyżej ugrupowania a biurową ekipę potraktuje przytarganymi przyborami, gdyż prezesa w owym gmachu brak. I dzisiaj rano w radio jakiś Mongoł (zbieżność przynależności narodowej z przynależnością warszawskiego gracza o nicku Pomsa całkowicie przypadkowa) pyta, czy natarczywy jegomość jest normalny, czy też jest wariatem. No jak może być normalny! Kto normalny planując jawną napaść na Kaczuchę biegnie do jakiegoś biura PiS w Łodzi? Tam go szukał? Równie dobrze mógł wpaść do mnie – prezesa również nie gościłem. Przynajmniej może obyło by się bez rozlewu krwi, gdyż zwolenników znienawidzonej przez siebie partii akurat u mnie w domu by nie znalazł. Na pierwszy rzut oka można stwierdzić, że to wariat. Ale policja mogła zostać zmylona – po całym incydencie wparowała do biura i zapewne, oprócz wyprowadzenia oprawcy, przeprowadziła zgodne z procedurą konsultacje z niewybitą kadrą. Przypominam, że to biuro PiSu – po rozmowie z kilkoma pracownikami zapewne mogą zatrzeć się granice między normalnym człowiekiem i wariatem – stąd zapewne niedoszacowanie levelu „wariatowości” u zatrzymanego. Efekt jest taki, że napastnik zapewne posiedzi trochę w strefie spadających mydeł i wyjdzie za dobre sprawowanie za kilkadziesiąt miesięcy (bo wariat, wiekowy i sto innych paragrafów łagodzących). Wtedy może na nowo planować swoje działania i pewnie znowu nic mu się nie uda. Przypomina to trochę sytuację ze stosunkiem słoni – dużo huku a efekt pewnie za dwa lata.

POKEROWO

Pod ostatnim odcinkiem jakaś zebra negowała pokerowość mojego bloga, toteż kilka słów o grze. Generalnie – mam na nią mało czasu. Mnogość moich przeróżnych zajęć sprawia, że gry przez Internet odpalam jedynie w weekendy a live grywam tradycyjnie dwa razy w tygodniu na sławnej warszawskiej WLP. Nie, nie jest to reklama lokalu ani rozgrywek – nie dostanę tantiem za to zdanie (przypomnę jedynie, że mam na myśli słynną Warszawską Ligę Pokera, której adres mogę podać zainteresowanym)…

Via net postanowiłem pograć niedzielne Sunday PL – nie jest drogie i kończy się o przyzwoitej porze. Niestety dla mnie kończy się nawet o zbyt przyzwoitej. Ostatnio byłem co prawda 19/~300 i odpadłem gdy moje AA nadziało się na 33, ale tak to czasem bywa. Live można spotkać mnie „na mieście” we wtorek i we czwartek. Gra jak gra – chciałem tylko wspomnieć o jednym rozdaniu z ubiegłego tygodnia (turniej za 100 punktów). Średni stack ~ 8k. Ja mam już tylko jakieś 4k. Po mojej prawej siedzi kolega Piotr W. (znany w warszawskim świecie pokerowym jako Wieczorek – pewnie dlatego, że zawsze spóźnia się na turnieje i gdy wkracza do gry to mamy późny wieczór). Dostaję prawie „łoka”, ale jak to zwykle bywa – prawie robi wielką różnicę. Decyzja dochodzi do SB (Wieczorek), który racząc się równolegle kilkoma turniejami w sieci postanawia zagrać w ciemno all-in za swoje skromne 20 – 30k. Oczywiście na BB jestem ja. W kartach znajduję A7o. I co byście zrobili na moim miejscu? Po długim namyśle dałem call a Wieczorek beztrosko odnalazł AK. Fin. Jak to mawiają wiekowi Indianie „tak to bywa – pies się topi, łańcuch pływa”.

Kod do rejestracji: POKERTEXAS

W totolotka niestety też mi nie doszło. Grywam sobie regularnie mając pełną świadomość swojej głupoty. Szanse są chyba 1/14 mln. Ale co tam – wiara czyni cuda (ciekawe stwierdzenie jak na ateistę). Kiedyś nawet jakiś (podobno) znany francuski psycholog postanowił przemówić „lotkowiczom” do rozsądku i pokazał, jakie są realne szanse na trafienie nutsa. Będzie to cytat wolny z naciskiem na „wolny”: „Wyobraźcie sobie, że mieszkacie we Francji i jedziecie metrem do domu. W trakcie jazdy znajdujecie parasol. Nikt nie poczuwa się do odegrania roli właściciela, toteż zabieracie przedmiot do domu. Dręczeni sumieniem postanawiacie jednak zwrócić deszczochron prawowitemu właścicielowi (albo i nie – kto wie, czy nie zaje… drapaka ze sklepu). Siadacie wygodnie w fotelu, bierzecie do ręki książkę telefoniczną i otwieracie na pierwszej lepszej stronie wybierając zarazem pierwszy lepszy numer telefoniczny. Odbiera właściciel zagubionego parasola. Takie jest właśnie prawdopodobieństwo trafienia nutsa w totka.

Miałem napisać coś jeszcze o Blasco, zanotowałem sobie propozycję ewentualnej wypowiedzi na kartce, ale za cholerę nie mogę nic z tego odczytać… eh, kiedy ja to notowałem? Nie pamiętam… 🙂

PÓŁKOLEK MUZYCZNY

Dzisiaj propozycja dla marzycieli pragnących odwiedzić Vegas. Tak naprawdę to jedynie lekka zbieżność nazw: nie wiem czy znacie, toteż postanowiłem przedstawić Wam zespół Glasvegas. Mają w swoim krótkim (jak dotąd) artystycznym dorobku 4-5 niezłych kawałków. Ja przedstawiam ten chyba najczęściej grany, chociaż nie pogardzę również takimi pozycjami jak „Flowers And Football Tops”, „It’s My Own Cheating Heart That Makes My Cry” (polecam ściągnięcie słów – świetny kawałek) czy „Geraldine”.

GLASVEGAS – Daddy’s Gone

Niesamowity szkocki akcent…

Do następnego!

Kod do rejestracji: POKERTEXAS