Kot i mysz, czyli dlaczego zaimponował mi Martin Kabrhel

0
1221

Wczoraj wieczorem miałem przyjemność komentować z Bekonem stół finałowy Main Eventu WSOP Circuit w kasynie King's w Rozvadovie. Chociaż „przyjemność” to może tutaj słowo zdecydowanie zbyt górnolotne, może lepiej będzie użyć określenia „okazję”, bo grał na tym FT Martin Kabrhel…

Wiecie pewnie doskonale, że ja – mówiąc kolokwialnie – nie przepadam za czeskim czempionem. Zupełnie nie pasuje mi jego zachowanie przy stole, często mnie wkurza, często go za to krytykuję i nie inaczej było wczoraj. Nie tankował w swoim stylu, bo nie musiał (o tym za chwilę), ale tradycyjnie gęba mu się nie zamykała, a przy każdej możliwej okazji robił z siebie pajaca dając show dla publiczności (tzn. dla kilku osób zebranych wokół TV table) i swoich przeciwników. Ci tylko się uśmiechali, bo byli wczoraj zdani na łaskę i niełaskę Martina.

Kabrhel mnie wczoraj tradycyjnie irytował, ale stało się coś jeszcze, coś nowego, czego jeszcze nie miałem okazji doświadczyć podczas oglądania jego gry. Kabrhel mi ZAIMPONOWAŁ! Tak, nie pomyliłem się. Zaimponował, i to bardzo! Ostatnie 3-4 godziny gry to był prawdziwy pokaz strategii, taktyki i kunktatorstwa z premedytacją. To była szkoła pokerowej jazdy. Powiedzieć, że nikt przy stole nie miał prawa nawet jęknąć, to jakby nic nie powiedzieć. Martin robił co chciał i jak chciał, a na koniec doprowadził do sytuacji, w jakiej chciał się znaleźć od samego początku swojego planu – został w grze z ewidentnie najsłabszym, najbardziej obsranym ze strachu przeciwnikiem w heads upie, gdy ten miał mniej więcej jednego blinda w stacku!

Koncert gry Martina i desperackie próby jego przeciwników, aby utrzymać się na powierzchni, to nie był łatwy do oglądania spektakl. Powiem więcej – to było momentami żenujące widowisko. Foldowanie preflop AK czy dwukrotnie JJ przez rywali pokazywało jedynie ich niemoc, bezsilność i paniczne błaganie losu o kolejny szybki payjump. Nawet w chwili, gdy w pewnym momencie znany polskim kibicom pokera Jakub Oliva, zwycięzca pierwszego Main Eventu Poker Fever Series, gracz naprawdę kumający tę grę i potrafiący coś grać, doprowadził do sytuacji, że miał AŻ 28 blindów, to już zaraz Martin swoją grą doprowadził go na krawędź bankructwa i z łatwością w końcu wyeliminował, zabierając mu jakieś dwa ostatnie blindy.

Jakub Oliva

Co robił więc Martin, że rywale grali z takim respektem? Czech pokazał w genialny sposób, jak zdecydowany chipleader powinien grać przy stole finałowym wykorzystując do swoich celów ICM i przeskoki w wypłatach. Eliminował graczy wtedy, kiedy chciał to zrobić. Podwajał ich lub dawał im „dotację”, gdy sytuacja tego wymagała. Foldował do shortów nawet dobre ręce, a z badziewiem stawiał na all inach tych, którzy jeszcze mieli żetony. Najmniejszego stacka doprowadził do heads upa, bo to właśnie z nim chciał w nim zagrać. To była prawdziwa sztuka, nie ma co gadać.

I nie, nie zmieniam swojego zdania o Martinie – to nadal najbardziej irytujący, wpieniający i doprowadzający do szału gracz współczesnego pokera. Ale od tej pory zacząłem wierzyć w to, co mówił mi redaktor naczelny portalu PokerŽivě – to jest naprawdę kumaty gość, z niesamowitym umysłem analitycznym i obliczeniowym, wręcz stworzony do pokera, matematyki czy informatyki, którymi się zajmuje.

Od oglądania tego „widowiska” krwawiły oczy, podnosiło się ciśnienie, na usta rzucały się przekleństwa, a – co do tego byliśmy z Bekonem zgodni – Kabrhel mógł wszystko zakończyć dobre dwie godziny wcześniej. Ale to był jego moment chwały, delektował się nim, celebrował każdą chwilę, wiedząc też przecież o tym, że leci z tego wydarzenia transmisja na żywo. Doskonałe porównanie rzucił mój współprowadzący, który porównał to do zabawy kota myszą – już ją upolował, już wie, że za chwilę skręci jej kark i ją ostatecznie zabije, ale chce ją jeszcze podręczyć, postraszyć, nacieszyć się tym rytuałem. Dokładnie tak zachował się wczoraj Czech. Przypalał rywali gorącym ogniem, a oni mogli tylko udawać, że na tym grillu są razem z nim gośćmi, a nie smażonymi przez niego potrawami.

Czat, zarówno ten polski, jak i angielski, komentował tę grę słowami „żenada”, „farsa” czy „komedia”, ale należy sobie powiedzieć wprost, że rywale mogli tylko patrzeć na to, co z nimi robi Czech. Oprócz Olivy żaden z nich nie podjął rękawicy, nie nawiązał walki, nie spróbował powalczyć o zwycięstwo. Liczyły się już tylko kolejne przeskoki w kasie, sprawa była praktycznie rozwiązana już przy sześciu graczach w grze, a może nawet wcześniej.

Nie chcę tu powiedzieć, że macie brać z Martina Kabrhela przykład. Byłbym ostatni, któremu by to przeszło przez gardło. Jego zachowania nie da się znieść, jeśli ktoś nie bierze akurat narkotyków lub mocnych lekarstw. Jego gadulstwa nie da się przetrawić, bo on gada ciągle i nieprzerwanie, jakby od tego zależało jego życie, nie tylko te turniejowe. Jego pajacowanie jest tak żenujące, że zastanawiam się czasem, kto jest tym bardziej zażenowany i zniesmaczony – widzowie czy uczestnicy tego spektaklu (bo przecież nie on sam). Ale mimo wszystko, jeśli nie oglądaliście wczoraj na żywo relacji z tego turnieju, to polecam Wam powtórkę i obejrzenie tych choćby dwóch ostatnich godzin gry. Gdy kiedyś znajdziecie się w podobnej sytuacji i będziecie miażdżyć stół finałowy jakiegoś eventu, to taka wiedza niewątpliwie Wam się przyda. A oglądać coś takiego można niezwykle rzadko.

Martin Kabrhel

PS. Martin Kabrhel ma już na swoim koncie dwie bransoletki WSOP, pięć pierścieni WSOP Circuit i 8 milionów dolarów wygranych w turniejach. Jest najlepszym czeskim graczem w historii. Ma zdecydowanie lepsze wyniki od każdego polskiego gracza. I choć osiąga je praktycznie tylko w „swoim” Rozvadovie, to wkurza mnie tym wszystkim jeszcze bardziej!

Poznaliśmy pełny harmonogram Poker Fever Mini Series!

Redaktor naczelny Pokertexas.net, dinozaur polskiego pokera, fan trash talkingu i 53 w drzewkach