Kamieniem w Wiśnię

0

Rok liturgiczny to zamknięty krąg, w którym cyklicznie wracają te same czytania, a w konsekwencji – te same tematy kazań. Podobnie bywa w świecie pokerowego dziennikarstwa, gdy raz na jakiś czas ktoś poruszy niedomkniętą puszką, z której zaczyna się ulatniać znajomy smród. W swojej przygodzie z pisaniem o kartach kilkukrotnie wracałem do tematu niniejszego felietonu. Dziś znów poczułem impuls.

Z kamerą wśród zwierząt

Telewizja – okno na świat. Były czasy, gdy jej nie było. Gdy była czarno-biała. Potem ruszyła TVP2 i było na co przełączyć. Kosmos. Gdy wystartował Polsat i przyniósł maluczkim (czytaj: nieposiadającym wujka Andrzeja za ladą wypożyczalni) Arnolda, Sylvestra, Dolpha i Zygmusia Chajzera – wystrzeliły korki od szampana. I tak mógłbym brnąć, aż dobrnąłbym do dzisiaj.

„Anybody seen Richie?” – brought to you by Polsat

Dobrze jest popatrzeć na obiektywne, bezstronne programy relacjonujące najważniejsze wydarzenia w kraju i zagranicą. Miło jest popatrzeć, jak mądry pan sprawia, że Tadeuszowi Sznukowi oczy zachodzą bydlęcym białkiem, a dusza gra Brahmsa. Dobrze posłuchać Krysi Czubówny beznamiętnie opisującej, jak w głuszy kotlin Mauretanii likaon pożera jednego z ostatnich pustynnych adaksów, albo jak mały słoń liże sobie jajka. Potem przełączmy na popularnonaukowy program o katastrofie Challengera lub seksualnych preferencjach szóstego prezydenta USA. My jesteśmy mądrzejsi, a świat staje się lepszy.

Ale powyższy akapit to perły z lamusa. Bo telewizja stworzona została po to, by dać entertainment. A jego definicja stale ewoluuje. Czego oczekuje widz? Spójrzcie, jakie kręcą filmy: dramat, thriller, kryminał, komedia, akcja, horror, sensacja. W latach dziewięćdziesiątych umarł gatunek zwany filmem obyczajowym i aż dziw bierze, że pożył tak długo. Bo z definicji był zbyt daleki od entertainmentu.

Wszystko, co najlepsze

Biedny, przeciętny Kowalski. Wcale nie o to idzie, że tak szybko zgłupiał. Przecież przeciętny Septimus rozpływał się w przyglądaniu się lwom, rozrywającym bezbronne ofiary. Przecież przeciętny Jean-Jacques przeciskał się przez ściśniętą gawiedź, by dojrzeć, kogo dziś całuje gilotyna. Ale były czasy, gdy kultura była bardziej w cenie, a rozrywka ubrana była w marynarę i wypastowane buty. Były czasy, gdy przeciętny Kowalski odczuwał dziwny ciąg do równania w górę. Dziś natomiast cieszy się, że tak wielu równa w dół, wobec czego nie trzeba wstydzić się niskich standardów.

Nawet oglądając zakatarzonego Pawła Lubicza z Klanu mamy nadzieję, że wysmarka on pół kilograma kokainy. Upadający Jan Rodzeń zawsze będzie cieszył nawet najbardziej zdyscyplinowanych członków warszawskiego Klubu Księgarza. Świat polityki zarżnął ideowców i rozpoczął masową produkcję jednakowych populistów. A od czerwonowłosego Michała Wiśniewskiego oczekuje się, że będzie chlał i przepuszczał wyżebrane od ludu pieniądze na pokerowej rulecie. Bo ustatkowany, ogarnięty Michał Wiśniewski nikogo nie interesuje.

Moja racja jest najmojsiejsza

Skąd to wszystko, w takich rozmiarach? Odpowiedzialny za to jest upadek autorytetów. Rok temu na łamach PokerTexas pisałem tak:

Od zawsze umiejętność słuchania pozostaje towarem deficytowym, bo od zawsze najważniejszym tematem dla człowieka jest on sam. Jeszcze kilkanaście lat temu było wielu, którzy uważali (często błędnie), że nie mają nic ciekawego do powiedzenia, że nie mają racji, że może wypadałoby się czegoś dowiedzieć. Wtedy to autorytet nie był jedynie pojęciem ze słownika. Dziś autorytety kłębią się na każdym rogu, ale niewiele mają wspólnego ze słownikową definicją.

Robiąc krok w wirtualnym świecie – uwsteczniamy się w prawdziwym życiu. Wszyscy jesteśmy spamerami. Jeśli nie będziemy traktować Internetu jako narzędzia, a siebie w nim – jako dodatku, okaże się, że  społecznościowe media to jeden wielki buzun, po którym można wymiotować całymi dniami. Przeżywanie życia po to, by je poddać lajkom, to jeden z boleśniejszych upadków człowieczeństwa.

Powyższy tekst dotyczył konkretnej, społecznościowej treści, ale można go dokleić gdziekolwiek. Materiały z Pudelka czy Super Expressu to tylko przynęta. Najlepsza, podobnie jako onetowe nagłówki. Kontrowersja, niedopowiedzenie, „szok i niedowierzanie”. Ale miarą nośności tekstów o zdegenerowanym Michale W. nie jest liczba znaków czy rozdzielczość fotografii, a liczba kliknięć i komentarzy.

„Samo się kliknęło”

Pudelek to tylko pochodna popytu, a winowajcami dziadostwa i badziewia jesteśmy my sami. Nie oni, nie wy. My. Dlaczego nie chcecie czytać o dziadu z Dallas, który nazdobywał pokerowego gówna pół wieku temu, ale nie żyje od trzydziestu lat? Dlaczego wolelibyście obejrzeć stream z pojedynku Leona Tsoukernika z Danem Bilzerianem, niż HU Davida Chiu z Berrym Johnstonem? Ile kliknięć miałby Fedor Holz palący crack, ile sekstaśma Sary Chafak? Ile komentarzy miałby news informujący o permanentnym banie wszystkich członków Smart Spin? Dlaczego ja, tak krystaliczny w swoich oczach, nie odwracam się, gdy słyszę ciekawą plotę?

O, Matko Finko!

Żeby zatrzymać falę szmaciarskich treści, które dawno już przykryły wartościowy kontent, musimy, jako społeczeństwo, przestać ich wyczekiwać. Dla wielu z nas problemem nie jest fakt, że przedstawiono Michała Wiśniewskiego jako uzależnionego bankruta, ale tylko to, że pokera nazwano hazardem. Inni, znając Michała lub go po prostu szanując, protestują przeciwko nieprawdziwym, „pudelkowym” ujęciom, ale w kolejnej minucie chłoną podobne głupstwo innej treści. Nie wszyscy. Ale Tadeusze Sznuki i Krystyny Czubówny to rażąca mniejszość. Mniejszość, która godnie milczy, więc plastikowy świat myśli, że jej nie ma.

Wojna światów

Ale tu nie wystarczy rachunek sumienia, bo śniegowa kula nie da się zatrzymać. Wkrótce walka o widza i czytelnika całkowicie wyprze to, co nie broni się koślawie wyewoluowanym entertainmentem. Garstka pasjonatów za swoje pieniądze wydawać będzie dobre książki, nagrywać dobre płyty, kręcić dobre filmy i pisać dobre teksty. Przeciętny Kowalski rozsiądzie się w swojej piwnicznej loży. Zgłupiejemy jak małpy, będziemy sobie dawać po mordzie, sprzedamy za frajer ostatnie pokłady szacunku. Ukamienujemy mądrzejszych, do cna wyśmiejemy bezinteresownych. Ocaleli z apokalipsy, nieskażeni spróchniałym pierwiastkiem, zamkną się w domach, gdzie zgniją jako wyrzutki.

Posłużę się jeszcze jednym cytatem z jednego z poprzednich moich artykułów:

W idealnym świecie istniałoby czynne i bierne prawo dostępu do Internetu, a urządzenia do obsługi sieci posiadałyby możliwość weryfikacji osoby korzystającej z dobrodziejstw wirtualnego świata. Bierne prawo mieliby wszyscy. Prawo czynne – możliwość tworzenia i dodawania treści – ci, którzy mają coś do powiedzenia. Jesteś idiotą, łajzą, oszustem – nie możesz komentować ani szerzyć bzdur. Możesz wystąpić o uprawnienia – wtedy komisja X sprawdza, czy jesteś idiotą, łajzą lub oszustem. Niespodziewanie okazałeś się oszustem, idiotą lub łajzą? Czynne prawo jest ci zabierane na okres próby. Lub dożywotnio, jeśli jesteś łajzą, oszustem lub idiotą niereformowalnym. Utopia jak to utopia – piękna. Ale świat idealny nie jest i Internet to dziś śmietnik informacji, do których cedzenia brakuje sit, targowisko próżności i dzikich teorii.

Jeszcze niedawno walczono z wiatrakami. Pośród komentarzy, które bardziej gotowały krew, niż same teksty, których dotyczyły, przewijały się kontry, próbujące stukać do pustych głów i bronić Eterni. Aż wreszcie, zmęczeni, daliśmy sobie spokój. Dobre to dla zdrowia, zgubne dla obrony prawdziwych wartości. Dziś pozostaje tylko przyglądać się, jak świat zjada swój ogon i wzbiera tsunami upadku. Nie ma sensu nabierać powietrza.

Pokerowe skandale odc. 1 – Afera Sapheala

Nie twierdzę, iż pisanie jest lepsze od seksu, ale po skończonym artykule idę zapalić i kładę się twarzą do ściany. Niespełniony król rock’n’rolla.