Face to face with The Ace: Wszyscy jesteśmy spamerami

3
Face to Face with Ace

Znów otwierają się nożyce. Znów odczuwam potrzebę, by się wtrącić. Zaczęło się od podsumowania tegorocznych WCOOPów, którego na swym fanpage’u dokonał Teges. Do odpowiedzi poczuł się wywołany JackDaniels, bo Mikołaj poruszył temat promocyjnej spamerki, praktykowanej przez pokerowe portale. Jack postanowił wytłumaczyć to, co dla niektórych nieoczywiste. Ale zrobił to z pozycji „muszę”.

W najmniejszym stopniu nie chcę kierować poniższego tekstu do Tegesa – jest on jednym z najbardziej „dorosłych” graczy na tej dzikiej i szczenięcej pokerowej scenie. To nie Teges się myli, to nie Rafał Gładysz niepotrzebnie się tłumaczy – to świat jest po prostu inny, niż myślimy. I my jesteśmy inni.

W kwestii mediów społecznościowych, jak i Internetu w ujęciu ogólnym, mam zdanie dość radykalne. Według mnie w idealnym świecie istniałoby czynne i bierne prawo dostępu do Internetu, a urządzenia do obsługi sieci posiadałyby możliwość weryfikacji osoby korzystającej z dobrodziejstw wirtualnego świata. Bierne prawo mieliby wszyscy. Prawo czynne – możliwość tworzenia i dodawania treści – ci, którzy mają coś do powiedzenia. Jesteś idiotą, łajzą, oszustem – nie możesz komentować ani szerzyć bzdur. Możesz wystąpić o uprawnienia – wtedy komisja X sprawdza, czy jesteś idiotą, łajzą lub oszustem. Niespodziewanie okazałeś się oszustem, idiotą lub łajzą? Czynne prawo jest ci zabierane na okres próby. Lub dożywotnio, jeśli jesteś łajzą, oszustem lub idiotą niereformowalnym. Utopia jak to utopia – piękna. Ale świat idealny nie jest i Internet, a przede wszystkim społecznościowe media, to dziś śmietnik informacji, do których cedzenia brakuje sit, targowisko próżności i dzikich teorii.

Od zawsze umiejętność słuchania pozostaje towarem deficytowym, bo od zawsze najważniejszym tematem dla człowieka jest on sam. Jeszcze kilkanaście lat temu było wielu, którzy uważali (często błędnie), że nie mają nic ciekawego do powiedzenia, że nie mają racji, że może wypadałoby się czegoś dowiedzieć. Wtedy to autorytet nie był jedynie pojęciem ze słownika. Dziś autorytety kłębią się na każdym rogu, ale niewiele mają wspólnego ze słownikową definicją.

Tak naprawdę dobrodziejstwa mediów społecznościowych, które wirtualnie znakomicie cementują, okazują się przekleństwem prawdziwych więzi i ludzkiego wizerunku. Sztuczny świat można skuteczniej edytować, przez co staje się sztuczny jeszcze bardziej. Prawdziwe życie traci znaczenie, bo jest trudniejsze. God Mode i respawn nie działają, perspektywa oka jest bardziej szczera, niż obiektyw lustrzanki, a nawet wiadro bajerów od Maybelline nie da tego, co biegła obsługa Photoshopu. W wirtualnej rzeczywistości jesteśmy już odważniejsi, obok monitora zostawiamy wstyd i wszelkie zakłopotania. Czujemy się ciekawsi, jacyś, odważamy się mieć więc coś do powiedzenia, niespodziewanie uznajemy, że zaczynamy mieć rację. I możemy się do wirtualnego życia przygotować.

Kto to jednak przeczyta, skoro wszyscy skupiają się na pisaniu? Walka o widza w świecie samych twórców rodzi przepychankę. Stąd ten (pozostańmy przy tym określeniu) spam satelitkami do Poker Fever i bonusami 100% do 2000$. Ale nie tylko, bo nie od takich postów tworzy się gęsto. User A napisze: nie przysyłajcie mi zaproszeń do kopalni pieprzonych diamentów, uprawy marchewek i innych gierek. Nie przesyłajcie mi łańcuszków o tym, że umrę za trzy dni, jeśli nie udostępnię smutnej historii. User A ma gdzieś kierowcę, któremu bije brawo cały autobus, ma gdzieś postowane przeróbki Despacito, nowy klip Pieknych i Młodych i wykresy z Endomondo. User A w poważaniu ma to, że z ziomeczkami jesteś w drodze do „Pub Restauracja Cuba Libre” i że „jadą, jadą świry”.

Ale tenże User A wczoraj oświadczył światu, że słuchał VNM, podzielił się zdjęciem j***ego kurczaka z pier***nym ryżem, wrzucił przegranego handa, kiedy na turnie miał 85%, i filmik z Philem Hellmuthem, gdy ten dostaje trzy czapy przy Run It Thrice. To mu się wydaje istotne, tamto – nie. W tym oceanie żyją piękne stworzenia, zachwycające rafy, szokujące monstra z głębin. Ale ocean zasilają miliony rzek, do których ktoś wprowadza ścieki. Ocean wydaje się czysty, błękitny – ale pływają w nim tony gówna.

Po co postujesz, dodajesz, udostępniasz? W małej części po to, by przekazać coś dla ciebie wartościowego. 95% treści to nic nie wnoszące pompowanie ego, a królestwo jego zwie się Instagram. Wszyscy jesteśmy spamerami i choćbyśmy dodawali siebie raz na dwa miesiące – gdzieś na Żoliborzu, w Olkuszu lub we wschodnich Indiach znajdzie się ktoś, kto powie, że nic nie wnosimy, że to jest stare, to już widział i tl;dr, ale fota brzucha tej dupeczki, przepis na tortillę z psa, klaszczący autobus i zaproszenie do FarmVille jest całkiem spoko. Nie wszystko spodoba mi się w twoim życiu, bo to nie moje życie. A moje jest najważniejsze, najciekawsze.

Ale bumerang niespodziewanie wraca z kultem idoli. Istnieje naprawdę wąska granica pomiędzy tym, że mnie nie interesujesz, a tym, że chcę być taki, jak ty. Pośrodku niemal nic nie ma. Powstają tysiące tanich wzorców, maksymalna koloryzacja fikcji i zapętlanie się w próżniactwie. Świat idoli wydaje się być nierealnie piękny, bo jest cholernie nierealny. Do czego nie dopuszczamy oczywiście myśli. Albo więc imponujesz – albo nie interesujesz w ogóle. Próbujemy więc imponować.

Niekiedy sam coś popchnę przez swój martwy fanpage, jakiś tekst. Robię to, bo wydaje mi się, że jest wart przeczytania. Z garstki osób, do których to dotrze, dla niektórych będzie to nudne, dla niektórych tezy i argumenty będą niewłaściwe. OK, ale ja udostępniam informacje, jakiś bagaż, który jest pełny – czymkolwiek nie byłby wypchany. Wiele razy porównywałem produkty, które krążą po mediach społecznościowych, do paczki chipsów, która ma swoje opakowanie i zawartość. Ja od lat pakuję swoje teksty w szary papier, bo wierzę, że słowo nadal potrafi obronić się samo. Może jestem reliktem przeszłości, może gdybym się trochę wypromował, zagłębił się w teorię clickbaitu, zrobił kaloryfer i pojechał do Rozvadova poderwać HeyMonię oraz poprzybijać trochę piątek z wannabies randomowego klikacza mikro – może wróciłbym na mały świecznik.

Ale ja już się w to nie bawię. Nie płaczę nad tym, że woda taka brudna. Po prostu do niej nie wchodzę. I chyba ci, którym chce się jeszcze narzekać na to, że ktoś mąci im idealny, wirtualny świat, powinni otrząsnąć się z myśli, że społecznościowe media są do wnętrza fajne. Pamiętam ceremonię otwarcia Igrzysk w Rio i przemarsz poszczególnych reprezentacji. W Atenach czy Sydney zawodnicy delektowali się unikalną jak Tesla w dieselu chwilą, pozdrawiali kibiców i machali do bliskich przed telewizorem. Półtora roku temu wszyscy robili pieprzone zdjęcia. Czy prawdziwe wspomnienia dziś nie dają już kopa, czy jesteśmy tak upośledzeni, że musimy żywić się kawałkiem kliszy, kilkoma megabajtami, dwunastoma milionami pikseli?

Robiąc krok w wirtualnym świecie – uwsteczniamy się w prawdziwym życiu. Wszyscy jesteśmy spamerami. Jeśli nie będziemy traktować Internetu jako narzędzia, a siebie w nim – jako dodatku, okaże się, że  społecznościowe media to jeden wielki buzun, po którym można wymiotować całymi dniami. Przeżywanie życia po to, by je poddać lajkom, to jeden z boleśniejszych upadków człowieczeństwa. gdy zdamy sobie z tego sprawę, machniemy ręką na zaśmieconą ścianę FB.

monsterseries baner

3 KOMENTARZE

  1. BRAWO, wkoncu oberwało się (między wierszami ale jednak) temu od pokerfever który NAKAZUJE spamować bo on PŁACI ale JD też powinien mieć głowę i nie przesadzać – zarobić mniej ale „ucciwiej” niż tym spamem. Brawa również że wkońcu oberwało się naczelnej (do obżygania) „pokerzystce” w polsce 😉
    PS ciekawe kto to zmoderuje żeby się nie ukazało, czy JD będzie miał jaja puścić komentarz czy kliknie żeby go nie pokazywać czyli nałoży „wiadro bajerów od Maybelline”.

Comments are closed.