Przeczytałem właśnie kolejną książkę jednego z najpopularniejszych dziennikarzy sportowych w Polsce – Krzysztofa Stanowskiego. Jego „Stan futbolu” (polecam, bardzo fajna pozycja) zbudowany jest z rozdziałów, których tytuły odpowiadają na kolejne pytania „dlaczego”. Postanowiłem dziś również pójść tą drogą i odpowiedzieć na pytanie tytułowe.
Zapewne wielu z Was od razu oburzy się na sam tytuł i burknie pod nosem coś w stylu „sam jesteś głupi”. OK, może jestem, może nie, nie mnie to oceniać. Jako że jednak głupi się nie czuję, a nawet uważam się za mądrego gościa, to postaram się dzisiaj udowodnić Wam, że pytanie to wcale nie jest pozbawione sensu, a wręcz ma go mnóstwo.
Siedzę w tej branży już dość długo, mnóstwo widziałem, mnóstwo słyszałem, mnóstwo wiem, a im więcej widzę, słyszę i się dowiaduję, to tym bardziej dochodzę do wniosku, że poziom inteligencji przeciętnego polskiego pokerzysty można porównać z poziomem inteligencji robotnika po trzech klasach zawodówki, który na dodatek ledwo tę szkołę ukończył. Teza jest może odważna, może na wyrost, na pewno nie dotyczy oczywiście wszystkich graczy i jest zbyt dużym uogólnieniem, ale – wierzcie mi lub nie – jest również prawdziwa. Zapewne każdy czytający teraz te słowa pomyśli sobie, że akurat jego te słowa nie dotyczą, ale wcale nie musi tak być. Ty, drogi Czytelniku, też możesz się niestety łapać do tej grupy głupków i warto, abyś swoje zachowania przeanalizował. Dowodów na taki stan rzeczy mam niestety mnóstwo i postaram się kilka z nich przedstawić. W zasadzie przedstawię te, o których teraz pamiętam, bo zapewne o wielu przykładach potwierdzających tę regułę już zapomniałem, ale i te, o których napiszę są dość obrazowe i pokażą Wam, że wcale nie muszę się w swoim założeniu mylić. Najlepszą drogą do tego będzie wypunktowanie wad polskich graczy.
Polscy gracze nie umieją grać, bo nie chcą umieć
Odkąd tylko rozpocząłem swoją przygodę z pokerem słyszę tysiące, dziesiątki lub setki tysięcy narzekań na porażki przy pokerowych stołach. A to jakiś idiota sprawdzał do końca z gównem i trafił, a to w tym miejscu mu nigdy nie idzie, a to jego króle czy asy są zawsze łamane przez kretynów, a to ten soft mu nie sprzyja, a to jakiś Rusek czy Brazylijczyk zawsze musi wygrać. I tak dalej, i tak dalej… Jakoś w tych wszystkich historiach bardzo rzadko słyszę słowa „zagrałem słabo”, „nie mogłem tak zagrać”, „popełniłem błąd”, „grałem na tilcie”, „mogłem to rozegrać inaczej”. Zwykłe przyznanie się do błędu w pokerze (który sam w sobie jest grą błędów i wie to każdy, kto zna specyfikę tej gry) jest prawie nierealne u polskich graczy. Miałem przyjemność nie raz rozmawiać z naszymi najlepszymi zawodnikami na różnych turniejach i wiecie, co ich odróżnia od Was? Dlaczego oni mają wyniki, a Wy nie? Bo są świadomi swoich błędów i braków. Podczas WPT w Pradze nieprawdopodobnie zaimponował mi Janeeeek, który grał już jako ostatni z polskiej ekipy przy stole. Gdy podszedłem do niego i zapytałem co słychać, aby coś napisać w relacji, on odpowiedział „Stary, jaki ja jestem słaby! Oni robią ze mną co chcą, jak z dzieckiem! To w ogóle nie mój poziom, ja się jeszcze mnóstwo muszę nauczyć!”. I powiedział to gracz z absolutnej polskiej czołówki. On wiedział, że przed nim mnóstwo nauki, aby poprawić swoją grę, bo widział, że poziom jego rywali jest zdecydowanie wyższy.
A jak przeciętny pokerzysta z Polski reaguje na swoje porażki? Szuka winy wszędzie, tylko nie u siebie. Nie uczy się, bo mu się nie chce. Uważa, że dzisiejsza przegrana to jedynie kwestia rywala – idioty, a nie jego błędów, więc jutro ponownie wraca do gry sądząc, że zawojuje pokerowy świat. I znowu dostaje baty, bo nic nie rozumie. Zamiast poświęcić trochę czasu na pokerową edukację, brnie dalej w te same błędy, te same złe zagrania, te same złe kluczowe decyzje. Widzę to przy stołach od lat. Sam taki byłem, pewnie nawet jeszcze momentami jestem, gdy usiądę czasem do stołu (ale to raczej wynika z mojego wybuchowego charakteru, a nie braku świadomości). Widzę graczy, którzy grają w tę grę od lat i nie nauczyli się przez ten czas niczego. Ba, znam wielu takich, którzy swoją grę jeszcze znacząco pogorszyli! Zamiast rozwoju – stagnacja lub uwstecznianie się. Normalka. Standard.
W 2011 roku w grudniu pojechałem na Unibet Open do Rygi. Wygrałem satelitę online, pokonując kilkudziesięciu graczy w walce o jedną, jedyną wejściówkę. Wygrywając pakiet czułem się jak król, nic nie było mi straszne. Jechałem tam z myślą, że rozpieprzę ten turniej w drobny mak i nikt nie będzie mi w stanie przeszkodzić w zwycięstwie. Pograłem chyba cztery godziny nie umiejąc nawiązać nawet walki z rywalami, z każdym rozdaniem rosła we mnie frustracja, popełniałem kolejne błędy, odpadłem jak idiota po debilnym zagraniu. Wtedy dotarło do mnie, że „za wysokie progi na moje nogi”, że w pokerze mogę co najwyżej wygrywać czasem jakieś turnieje lokalne, a przy sporej dawce szczęścia zajdę gdzieś do kasy w turnieju ze średnim wpisowym. Dotarło do mnie, że jestem jednym z wielu, a nie tym jedynym. Po Unibet Open przestałem grać w pokera na dwa lata… Wróciłem, bo kocham tę grę, ale już nigdy nie pomyślałem, że wygram EPT czy WSOP. Chcę być blisko pokera, ale jako gracz rekreacyjny i pokerowy dziennikarz, który będzie opisywał sukcesy innych. Czasem dobrze zdać sobie sprawę ze swoich słabości, schować ego do kieszeni, a grą się po prostu cieszyć, gdy wyjdzie fajne zagranie lub uda się coś wygrać.
Polscy gracze to hazardziści
Gdybym chciał policzyć wszystkie pokerowe kariery, które zostały brutalnie złamane przez hazard, to pewnie nie starczyło by mi czasu do jutrzejszego obiadu. Przypadków tego typu znam dziesiątki. W samej Warszawie takich graczy było wielu, a dzisiaj są jedynie wspominani przez weteranów naszej pokerowej sceny. Mogę podzielić tych ludzi na dwie kategorie – hazardzistów kasynowych oraz hazardzistów pokerowych.
Pierwsza z nich jest chyba dość jasna dla wszystkich. Bliski związek pokera z kasynem, na który jesteśmy od lata skazani, powoduje u wielu pokerzystów małpi rozum. Bliskość stołów turniejowych od stołów kasynowych skutkuje „zaszczepieniem się” na ruletce, black jacku czy automatach. Wystarczy wejść do kasyna i spojrzeć na towarzystwo przy kasynowych stołach – to w zdecydowanej większości pokerzyści. Czekają na turniej, to pograją „chwilkę”. Odpadli z turnieju, ale nie chce im się jeszcze iść do domu, więc siadają „na kilka rozdań”. Nie mają kasy na grę, ale kolega akurat gra, to pożyczą symboliczną „stówkę” na rozruch. Tak się to zaczyna. Potem jest już tylko gorzej. Przegrane bankrolle, uzależnienie od gry, ogromne kwoty puszczane z dymem w kilka minut na grach kasynowych, następnie klasyczne „torby” i nie ma gracza. Oczywiście zawsze, ale to zawsze kończy się to również olbrzymimi długami u znajomych (albo u lichwy), co z kolei powoduje wstyd, odcięcie się od środowiska, awantury, problemy, plotki, gniew, wściekłość, samotność, izolację, załamanie, apatię. Stąd prosta droga do problemów z alkoholem, dopalaczami, narkotykami, a nawet do prób samobójczych. Nieprawda? Gdybym nie znał i nie widział tego wszystkiego na własne oczy, to na pewno bym o tym nie pisał, bądźcie pewni. To jedynie przykłady z życia wzięte. Nie tak dawno temu w stolicy jeden gracz przegrał w jedną noc milion złotych w trzech kasynach na black jacku, bo odpadł z turnieju i nie miał co robić z wolnym czasem. Choć „na szczęście” jego akurat stać i do żadnego dramatu nie doszło, to z pewnością mocno zabolało i dało nauczkę na przyszłość…

Druga kategoria to już bardziej skomplikowana sprawa. Gracze „chorzy na grę”. Znam takich również wielu i w 99% przypadków zawsze kończyło się to tak samo – pokerowym bankructwem. Zaczyna się zazwyczaj niewinnie, bo po prostu ktoś zaczyna grać, lubi pokera i gra w niego dużo. Coraz więcej. Jeszcze więcej. Potem przestają mieć znaczenie stawki, a z każdym kolejnym przegranym turniejem lub buy inem stawki te rosną, bo trzeba się przecież odegrać. Przychodzą „złote strzały”, które czasem się udadzą i jest kasa na dalszą grę, ale raczej zazwyczaj kończą się porażką i trzeba już pożyczać. Za pożyczone gra się przecież lepiej, bo „to nie moje”, więc idzie zazwyczaj szybko. Znowu „torby”, znowu pożyczki, droga donikąd nie ma końca. Ale grać trzeba, bo dzień bez gry jest dniem straconym.
Pamiętam czasy, gdy w Hyatcie czy Hiltonie były jeszcze gry cash. Spotykał się tam tzw. „gruby stół”, na którym kilku graczy grało stawki 25/25 lub 25/50, czasem nawet grubiej. Czasami ktoś z niższych stawek siadał tam w poszukiwaniu cudu na zasadzie „hit & run”, co już swoją drogą samo w sobie nie było mile widziane. Znalazł się jednak jeden śmiałek, który postanowił zawojować te gry, postać legendarna na swój sposób w warszawskim świecie pokerowym. Jego cechą charakterystyczną było to, że zawsze siadał do gry z całym swoim bankrollem na stole. Gdy inni gracze siadali do stołu wkupując się np. za 2.000 zł, to on miał przed sobą 10.000 albo i 20.000 złotych. Bo „musi ich kryć”. Nie powiem, bardzo długo udawało mu się wygrywać tam duże kwoty, bo grał dobrze, agresywnie, umiał znaleźć luki w grze rywali, fajnie czytał grę. Był do tego stopnia znanym pokerzystą, że nawet w polskiej edycji „Card Playera” ukazał się z nim swego czasu wywiad. Aż przyszedł dzień, w którym piękna kariera się skończyła. Przy stole siedział wówczas m.in. jeden z bardzo bogatych, znanych w Polsce biznesmenów. Nasz bohater wziął go sobie za cel, bo biznesmen ten był raczej słabym graczem, ale lubił pokera i dobrze się nim bawił. Przez całą noc był on ogrywany przez naszego śmiałka, ale przy tym również wyśmiewany za słabą grę, za złe zagrania. Prowokacje w stylu „wyłóż więcej kasy, wszystko ci zabiorę” przyniosły wreszcie skutek. Biznesmen chwycił za telefon, kazał sobie przywieźć pieniądze i po chwili ktoś dowiózł mu w walizce kilkaset tysięcy, które ten… wyłożył na stół. Wystarczyło jedno, jedyne rozdanie, aby nasz „wojownik” został wywalony do spodu i został kompletnie pusty. Niedługo potem wyjechał zbierać truskawki do Holandii (na wyjazd chciał jeszcze pieniądze ode mnie pożyczyć) i słuch o nim zaginął…
A teraz pytanie – wiecie ilu takich graczy przez ostatnie lata kończyło w ten lub podobny sposób? Nie muszę chyba nawet odpowiadać, sami znacie takich dziesiątki. Oczywiście, mówimy ciągle wprost, że poker to nie hazard i ja się z tym zdaniem zgadzam w pełni, bo sama gra w pokera nie ma wiele z hazardem wspólnego. Ale trzeba też sobie zadać pytanie – jak grać, żeby to miało sens? Pamiętam jeden swój wyskok tego typu. Przed EPT w Hyatcie zagrałem satelitę do tego turnieju z wpisowym bodajże 1.000 złotych z rebuyami. Akurat tak się złożyło, że gdy zostało nas czterech wyeliminowałem ze swoimi szóstkami gracza, który miał na ręku króle (sorry MMP!) i było nas już trzech i dwie wejściówki. Jedynie mi zależało na grze w turnieju głównym, dwóch moich rywali wolało kasę, a ja nie rozumiałem kompletnie dlaczego. Doszło więc do deala, po którym miałem wejściówkę do EPT wartą 20.000 złotych, ale musiałem jakąś niewielką kwotę dołożyć jednemu graczowi do jego wygranej w gotówce (za trzecie miejsce była też kasa). W EPT zagrałem, co było moim wielkim marzeniem, ale… nie miało to żadnego sensu! Kwota wpisowego była dla mnie kosmiczna i choć wygrałem satelitę, to zdecydowanie mądrzejszym (patrząc na to z perspektywy czasu) wyjściem, było wzięcie kasy do kieszeni i miałbym bankroll na dobry rok gry, nawet bez żadnych sukcesów (a tych akurat mi wówczas nie brakowało). Mało tego, miałem wówczas opłacony side event za 5.000 zł przez Unibet, bo byłem graczem ich teamu, więc mogłem zagrać w tym EPT w turnieju bocznym, a kasę z satelity spożytkować w lepszy sposób. Myśląc o tym dzisiaj – idiotyzm z mojej strony. Wówczas jednak spełniałem pokerowe marzenia. Odpadłem oczywiście pierwszego dnia…
Dalsza część odpowiedzi na tytułowe pytanie w kolejnej części tego felietonu.




