Dzis zero zdjec i troche przemyslen.
Wlasnie siedze sobie po raz kolejny w gigantycznym budynku rzadowym na obrzezach Bangkoku, gdzie czekam na przedluzenie wizy. Bylem juz tutaj przed wylotem na Bahamy i wiem, ze jest to zwiazane z 4-5 godzinnym oczekiwaniem, wiec tym razem wzialem ze soba rowniez laptopa i moge spokojnie napisac bloga. Za miesiac bede musial jeszcze na kilka godzin poleciec do Singapuru a juz pod koniec kwietnia wracam do Warszawy.
Pobyt w BKK dobiega wiec konca i zastanawialem sie ostatnio, jak mi sie tu funkcjonuje w porownaniu z Phuket oraz innymi miejscami, gdzie bylem troche dluzej. Oczywiscie najwiekszym plusem jest pogoda. Dzien w dzien to samo, 30 stopni i ten przyjemny powiew ciepla za kazdym razem kiedy sie wychodzi z domu, niezaleznie czy jest to 11 rano czy 2 w nocy. Kolejny plus to bliskosc bardzo ladnych i przyjemnych miejsc turystycznych, rajskich plaz, itp. Do tego bardzo dobre i tanie jedzenie, choc z tym ostatnim mam troche nietypowy problem. Oczywiscie chetnie zjem sobie dobrego i taniego tajskiego kurczaka z ryzem na obiad czy kolacje, ale juz sniadanie wole zjesc w europejskim stylu, ze swieza bagietka, wedlina, owocami (a borowki, truskawki czy czeresnie sa tu kilkakrotnie drozsze niz w europie) i dobra herbata. Ale poniewaz lokalsi nie jedza w ten sposob, to zjedzenie takiego sniadania jest i czasochlonne i kosztowne. Ale nie po to mam swoje ulubione przyzwyczajenia, zeby z nich rezygnowac. Przeplacam wiec i jezdze codziennie do duzego supermarketu, zeby funkcjonowac zgodnie ze swoimi potrzebami.
Ta kwestia sniadaniowa to tylko przyklad. W skrocie mozna powiedziec, ze pomieszkuje w Tajlandii, ale funkcjonuje w sposob europejski. Co w moim wypadku oznacza, ze w praktyce wydaje tutaj wiecej pieniedzy niz w Warszawie. Oczywiscie moglbym nie mieszkac w apartamentowcu z silownia i basenem, moglbym nie miec bardzo szybkiego internetu i ogladac NBA w hd i nie sciagac mnostwa roznych rzeczy do obejrzenia, moglbym tez jesc zupe z ryzem na sniadanie. Tylko jaki sens mialoby wtedy pracowanie i zarabianie pieniedzy, jezeli nie mozna ich przeznaczyc na rzeczy, ktore sprawiaja nam przyjemnosc? W moim wypadku dochodzi jeszcze dodatkowa sprawa – moja wydajnosc w pracy jest wprost proporcjonalna do poziomu zadowolenia z zycia. Jezeli wiec zle czuje sie w danym otoczeniu, moja praca na tym cierpi.
Pytanie brzmi wiec zatem, czy taki wyjazd na zime to dobry pomysl. Poniewaz nie jestem specjalnie racjonalnie myslaca osoba, odpowiedz brzmi: tak. Zreszta nawet gdyby mi ktos przed wyjazdem powiedzial, ze jezeli chce funkcjonowac po europejsku to bede tu sporo przeplacal, to i tak bym sie zdecydowal na wyjazd. Jestem z tych dziwnych zwierzat, ktore wola wszystkiego sprobowac samemu i przekonac sie na wlasnej skorze. Dlatego na przyklad nie czytam recenzji filmow przed pojsciem do kina, nie czytam opinii innych o restauracjach czy hotelach, wole sam obejrzec zdjecia czy menu i nie zdawac sie na innych. Jezeli chodzi o wyjazdy, to nie jestem tez typowym turysta: nie pasjonuje mnie zwiedzanie swiatyn i ogladanie pomnikow – ale chetnie wybiore sie do duzego parku, odludnej plazy czy do restauracji na 60 pietrze jakiegos wiezowca. Ostatnio byla w tajlandii moja znajoma (w szczycie turystycznym) i strasznie narzekala, ze zwiedzanie tego kraju jest skomercjonalizowane – w najpopularniejszych miejscach jest mnostwo turystow i wszystko nastawione jest na zysk. Czyli w skrocie – narzekala na takich samych jak ona sama. Kazdy chcialby obejrzec sobie Phi Phi, kiedy jest tam pusto, nie ma dziesiatek lodzi i setek chinczykow, ale jezeli nasze zwiedzanie opieramy na broszurach biura podrozy i nie mamy wlasnej wyobrazni, to trudno spodziewac sie czegos innego.
Ostatnio dobry znajomy zadal mi pytanie: po co ty w ogole caly czas gdzies jezdzisz, nawet po kilka razy w te same miejsca, nie lepiej gdzies osiasc i zapuscic korzenie? Najprostsza odpowiedz jest chyba taka: bo praca mi na to pozwala. A bardziej szczegolowa: bo moim zdaniem nasze zycie jest zdecydowanie za krotkie, zbyt obfitujace w rozne mozliwosci (zwlaszcza obecnie) i zbyt ograniczone ilosciowo (mamy tylko jedno takie), zeby spedzic je w taki sposob, ktory w sporej wiekszosci byl idealem naszych rodzicow 40 lat temu – czyli szybki ozenek, praca na etacie, zus i mieszkanie na kredyt. Wtedy mozna juz uznac zycie za sukces i spokojnie spedzic jego reszte w kapciach przed tv. Takie myslenie jest juz chyba zreszta coraz rzadsze, zwlaszcza w duzych miastach, ale nadal czesto mozna sie z nim spotkac. Oczywiscie kazdy sobie robi to co lubi i tak jak ja nikogo nie przekonam, ze skoro swiat jest obecnie tak maly i tak bardzo w zasiegu, to warto sobie podrozowac i doswiadczac nowych rzeczy, tak mnie nikt nie przekona, ze to myslenie, ze najwazniejsza jest stabilnosc i ubezpieczenie powinno byc moim mysleniem. Tak jak pisalem wyzej – wole sie przekonac o tym na wlasnej skorze, niz uznawac za pewnik standardy sprzed kilkudziesieciu lat. Za jakis czas pewnie sobie znajde swoje miejsce (a moze nie) i byc moze bede bede prowadzil bardziej stateczne zycie. Ale przynajmniej bede mial swoje wlasne porownanie z innym rodzajem zycia.
Oczywiscie mowie o tym wszystkim z perspektywy osoby, ktorej praca pozwala na w miare swobodne funkcjonowanie. 5 dni w tygodniu po 6 godzin pracy to az nadto, zebym mogl pozwolic sobie na takie funkcjonowanie jakie lubie. A przeciez nie trace czasu na dojazd i powrot z pracy. Co ciekawe, w srodowisku pokerowym taka ilosc pracy sytuuje mnie w waskim procencie tych pracujacych najciezej. A przeciez cos za cos. Moglbym przeciez pracowac tylko 2 godziny dziennie, a 6 godzin spedzac na ogladaniu przewracajacych sie slodkich kotkow na youtubie. Ale za to nikt by mi przeciez nie placil. Wydaje mi sie, ze powodem jest to, ze leniwemu zwierzeciu jakim jest czlowiek, w wiekszosci trudno jest pracowac samemu na siebie. Na etacie jestesmy mistrzami zabijania czasu i udawania, ze pracujemy. Dlaczego zreszta banki, urzedy i sady pracuja w takim slimaczym tempie? Jezeli jednak nasz zarobek zalezy stricte od nas i ilosci oraz jakosci czasu temu poswieconemu, tez wolimy jednak te slodkie kociaki. Kilkanascie lat temu, kiedy bylem na studiach, pracowalem przez wakacje w redakcji gazety przy wklepywaniu do komputerow kuponow konkursowych. Platne bylo oczywiscie od sztuki. Szybko znalazlem optymalne rozwiazania i wklepywalem po 500-600 sztuk dziennie. Tymczasem na stanowiskach obok widzialem osoby, ktore przychodzily tam jak do pracy na etacie. Czyli herbatka, pogawedki, gazetka, rozmowy przez telefon. I nie mogli sie nadziwic, jak ja wklepuje 600, skoro dla nich rekordem bylo 150. Ale, jak zawsze, kazdy robi to co lubi. Mnie za zarobione pieniadze udalo sie pojechac do Anglii (autokarem!), pozwiedzac, zobaczyc mecze Premiership i kupic mnostwo sprzetu sportowego (wtedy jeszcze gralem w pilke w klubie).
Z jakiegos powodu, nowi gracze probujacy swoich sil w pokerze uwazaja, ze to bedzie ich zloty strzal. Zero inwestycji, zero nakladu i etyki pracy, w tydzien z freerolowca wskocza na nosebleedy. Poniewaz jest to nieunikniony pewnik, juz na najnizszych stawkach stosuja strategie gry widziana na najwyzszych stawkach u durra czy isildura. I potem frustruja sie, ze jakis gosc na nl25 nie zrozumial ich genialnego blefu i nie wyrzucil asow. Nie dziwie sie, ze gracz taki jak ja wzbudza potem u nich zlosc i gniew – jak to jest, to ten gosc tu sobie gra i regularnie zarabia nie robiac nic nadzwyczajnego, a ja stosuje genialne zagrania i rewelacyjne light 5bety i nie moge wygrac? Oczywiscie musi to byc spowodowane rigged oprogramowaniem i generalnie zmowa wszystkich dookola. Po raz kolejny – kazdy robi to co lubi.
Moim zdaniem w pokerze najwazniejsza jest szczerosc i uczciwosc wzgledem siebie. Ale tez poker pokazuje jak w zwierciadle nasze prawdziwe cechy charakteru. Brak etyki pracy, nadmierne ego, oszukiwanie siebie, umiejetnosc podejmowania ryzyka lub zachowawczosc. To wszystko bedzie widac tu jak na dloni. Ja nie oszukuje siebie, ze jestem najlepszym graczem na swiecie – jestem po prostu zwyklym, w miare rozsadnym graczem na niskich stawkach. Dobra organizacja pracy i sumiennosc powoduja jednak, ze taki gracz moze pozwolic sobie na calkiem sporo, zwlaszcza w tanim kraju jak Polska. Slyszalem wielokrotnie przy stolach, ze jestem najslabszym graczem w historii pokera. Wydaje mi sie wiec, ze nic tylko sie cieszyc: skoro najslabszy gracz w historii pokera jest w stanie zarabiac niezle pieniadze przez ostatnie 12 lat i jego wykres non stop idzie ku gorze, to jak swietnie radza sobie ci 'mniej-najslabsi'? Czyli zlota era w pokerze trwa w najlepsze.
Jak Joey Knish, gram w pokera dla pieniedzy, poker to dla mnie praca. Szczesliwie dla mnie, to praca, ktora sprawia mi mnostwo radosci i satysfakcji, pozwala sporo zarabiac i miec duzo wolnego czasu na realizacje wlasnych marzen i zachcianek. Ale nie gram w pokera dla emocji – wole zachowac tu zdrowy rozsadek i nieemocjononalne podejscie (a emocje wole sobie fundowac poza pokerem). Ale po raz kolejny – kazdy robi to co lubi – przy moich stolach non stop spotykam graczy, ktorzy graja wlasnie dla emocji, poker to dla nich pojedynek ego, wyzwanie jak gra komputerowa, w ktorej leci sie na hura do przodu i strzela do przeciwnikow, a jak sie (nieuchronnie) zginie, to sie zaczyna poziom od poczatku. Ale raz na jakis czas, taka strategia da pozytywny wynik i ile wtedy radosci i satysfakcji. A ze przy okazji raczej sie traci niz zyskuje? Po pierwsze, trzeba to umiec przyznac. A jak sie juz przyzna, to przeciez czesto za przyjemnosci sie placi, tak jak ja place na przyklad za wizyte na gokartach czy w kinie.
Jest jeszcze znikomy, naprawde maly odesetek geniuszy pokerowych, ktorym wszystko przychodzi bez trudu i ida jak burza przez kolejne stawki. Nawet jednak oni w ktoryms momencie musza sie zatrzymac i przemyslec nowa strategie czy gre swoich przeciwnikow. Bo tam na szczycie nie ma juz takich wesolych oszolomow jak na niskich stawkach – tam kazdy mysli bardzo, bardzo madrze – i dlatego utrzymac sie na najwyzszych stawkach jest w stanie tylko garstka najinteligentniejszych. Przy okazji spotkan Teamu Online mialem okazje dyskutowac na rozne tematy z wymiataczami typu Kanu czy Ike Haxton. Ich wielopoziomowe myslenie na temat pokera jest niesamowite. Co ciekawe, kazdy z nich opiera swoja zawodowa gre na detalach, ktore powinny dac mu chocby najmniejsza przewage nad przeciwnikiem. Oni nie maja rozbudowanego ego, nie musza nikomu niczego udowadniac. Ich gra ma przynosic zysk im, a nie satysfakcje widzom.
Ze wszystkich powyzszych powodow uwazam, ze poker zawsze bedzie dochodowy. Dla kogos, kto uczciwie uzywa swojego mozgu zawsze bedzie istniala jakas przewaga nad tymi, ktorzy albo oszukuja sami siebie, albo po prostu graja dla zabawy. Jezeli ktos twierdzi, ze poker jest martwy (pomijajac kwestie najwyzszych stawek, gdzie faktycznie moze tak byc, chociaz z drugiej strony to wlasnie tam od czasu do czasu pojawia sie zadny wrazen gracz, ktorego stac na przegrane), to znaczy, ze po prostu nie potrafi sie przystosowac do okolicznosci lub tez nie chce wlozyc w swoja gre wystarczajacej ilosci pracy. A przed nami jeszcze sporo zapasu, jak chocby gigantyczny potencjal rynku azjatyckiego.
Ok, wydaje mi sie, ze starczy tych przemyslen na dzisiaj, powodzenia przy stolach!
DaWarsaw



