Kiedy młokos staje się wiarusem

0

Stara szkoła, oldskulowcy, weterani, dinozaury. Na drugim biegunie młode wilki, nowa fala, young guns i młodzi-gniewni. Ten podział jest tak stary, jak stara jest rywalizacja i funkcjonuje nawet tam, gdzie ma marginalne, a nawet żadne znaczenie.

Od mitycznych Dedala i Ikara, poprzez synów władców, bez skrupułów obalających własnych ojców, po pojedynek o szachowe mistrzostwo świata pomiędzy Viswanathanem Anandem a Magnusem Carlsenem. Ileż filmowych fabuł oparto na rywalizacji starszej ze świeżą krwią? W jakim stopniu na walce pokoleń oparta jest ewolucja muzyki rozrywkowej? Można by zanurzyć się w teorii, w myśl której świat napędza młodzieńczy pęd do przegonienia słabnącej starszyzny.

Od strachu do śmiechu

Poker idealnie wpisuje się w taki schemat, chociaż definicje pojęć zmieniały się wielokrotnie. W latach osiemdziesiątych, w okresie pierwszego „miniboomu”, związanego z wprowadzeniem turniejów satelitarnych do Main Eventu World Series of Poker, pojęcie starej szkoły nie było tożsame z wiekiem graczy. Jego średnia oscylowała w granicach 55 lat. Najmłodsi, czterdziestoletni pokerzyści, otrzymywali miano „dzieciaków”. Do grona „old timersów” zaliczali się wszyscy ci, którzy byli w pokerze „od początku”, czyli grali w karty w latach sześćdziesiątych i zasiadali do pierwszych, historycznych edycji WSOP. W 2005 roku Puggy Pearson mówił:

„Bali się nas, doświadczonych. Strasznie się nas bali. Mogłeś być w zaawansowanej demencji, ale jeśli witałeś się serdecznie z Sargem (Ferrisem) lub Johnnym (Mossem), nowi byli pewni, że jesteś biegły w zaawansowanych pokerowych technikach, dostępnych nielicznym. Dziś nikt nie boi się wieku. Boją się wyłącznie pieniędzy”.

Lata mijały. Pewien kryzys popularności pokera przyszedł w połowie lat dziewięćdziesiątych. Jego zażegnanie pociągnęło za sobą nową cezurę, oddzielającą reprezentantów „starej szkoły” od „młodych wilków”.

Celebrity Game, Prologue

We wrześniu 1998 roku na ekrany amerykańskich kin weszli „Hazardziści” Johna Dahla. Cztery miesiące wcześniej grający główne role w produkcji Matt Damon i Edward Norton zagrali w turnieju głównym World Series of Poker. Norton rok wcześniej otrzymał Złoty Glob za „Lęk pierwotny”. Damon zebrał świetne recenzje za grę w „Buntowniku z wyboru”, za scenariusz do którego dwa miesiące wcześniej odebrał Oscara. Byli popularni. Byli na fali.

Norton pograł tylko kilka godzin, gdy jego fulla pokrył karetą Surinder Sunar. Inaczej było z Damonem, którego pojedynki z Doylem Brunsonem śledziły dziesiątki fanów, zgromadzonych wokół stołu. W końcu jego króle poległy w starciu z asami „Texas Dolly’ego”. Potem Matt zapowiadał materiał telewizyjny: „Watch the World Series of Poker right here on ESPN”. Relacja przyciągnęła przed odbiorniki tłumy, i chociaż nie przełożyło się to na spektakularne skoki frekwencji samego cyklu – co drugi „nowy” na WSOP na początku minionej dekady powtarzał, że zainteresował się pokerem ze względu na Mike’a McDermotta. Potrzeba było kilku lat, by ulubionym bohaterem każdego z nich stal się Joey Knish.

Era Moneymakera

Cezura lat 1998-1999 nie przetrwała długo. Kolejna stała się jedyną prawdziwą i słuszną. 23 maja 2003 roku księgowy z Tennessee Chris Moneymaker pomnożył $86, zainwestowane w satelitę na PokerStars, przez ponad 29 tysięcy, zostając mistrzem świata NL Hold’em. W kolejnym roku liczba uczestników Main Eventu wzrosła trzykrotnie. Trzy lata po triumfie Moneymakera w turnieju głównym WSOP grało już dziesięć razy więcej pokerzystów. Od tamtej pory „stara szkoła” pokera oznaczała pokerzystów odnoszących sukcesy przed „erą Moneymakera”, natomiast „nową falą” określano wszystkich tych, którzy zainteresowali się grą w karty dzięki historii 28-letniego, sensacyjnego zwycięzcy.

Dziś ten sztywny podział został zatarty – w świecie gry turniejowej funkcjonuje coraz mniej pokerzystów z karierami dłuższymi niż piętnaście lat, a znakomita większość karcianych seniorów zaczęła rywalizację w wieku seniorskim właśnie. Dziś przypina się pejoratywne łatki „dziadów” bez względu na to, czy starszy pan para się grą od roku, czy też stawia czoła wszelkiej maści Doyle’om Brunsonom od pięciu dekad.

Koniec świata przychodzi w piątek

O wiele trudniej wyodrębnić daty graniczne w ramach pokera online. Przez lata zwykło się generalizować, że „starą szkołę” stanowią pokerzyści, którzy nie przestawili się na strategię LAG, a ich zamiłowanie do limpowania nie wynika z braku doświadczenia. Takie definiowanie jednak spłyca pojęcia do równania „oldskulowiec” = słaby gracz. Czasy też na tyle ruszyły do przodu, że grinderzy oporni transformacjom stylu gry dziś już przeważnie nie zajmują się kartami.

Jeśli istnieje dziś jeszcze „stara szkoła” pokera online, to najpewniej są to gracze, którzy pamiętają czasy świetności FTP, złota erę programu lojalnościowego PokerStars, pełną pulę graczy, a wreszcie krach Black Friday. A zatem wszyscy ci, którzy obławiali się w sytych latach, by potem przeżyć najczarniejszy dzień pokera online.

Stara szkoła a sprawa polska

Ciekawiej sprawa wygląda z polską sceną. W latach, gdy sam zaczynałem swoja przygodę z kartami, o NL Hold’em nie słyszał prawie nikt. Potem kilku gości przywiozło zza granicy „dziwne odmiany”, a kiedy piwniczne gry cash zaczęliśmy rozgrywać w wariancie obejmującym karty wspólne, szybko pojawili się „nowi”, którzy bakcyla złapali wyłącznie dzięki Texas Hold’em. I tak w kolejnych latach „starą szkołę” stanowili pokerzyści, którzy „wywodzili się” z pokera dobieranego, a „niuskulowcami” byli gracze, którzy o Draw High nie mieli zielonego pojęcia.

Dziś w środowisku niemal nie ma „peerelowców”, jak zwykło się ich lata temu nazywać. Ale doczekaliśmy się nowej, smutnej daty granicznej. Dziś mianem „dinozaurów” można określić tych, którzy pamiętają piękny świat sprzed 2009 roku. Czasy pokerowej wolności, organizacji w Polsce szeroko promowanych turniejów z wysoką frekwencją, stanowiących magnes dla obcokrajowców.

Wielu zastanawia się, czy, gdyby ustawodawcy nie okazali się takimi ignorantami i krótkowzrocznymi ciemniakami, poker w Polsce wyglądałby tak, jak w Czechach. Jestem pewien, że nie – osiągnęlibyśmy bowiem poziom, o którym czescy organizatorzy boją się nawet marzyć. Wystarczy rzucić okiem na to, jakim przypływem Polacy zalewają czeskie kasyna i jak udane eventy w tychże kasynach organizują nasi rodacy, by zdać sobie sprawę z ogromnego głodu, panującego nad Wisłą. Wciąż wierzę, że doczekamy nowej cezury, określającej „starą szkołę” jako grono, które musiało przetrwać okrutne czasy obowiązywania haniebnej ustawy. „Nowa falą” będą natomiast gracze startujący w czasach prawdziwie wolnego pokera w Polsce.

Alfabet Jacka Danielsa 2018 cz. II

Nie twierdzę, iż pisanie jest lepsze od seksu, ale po skończonym artykule idę zapalić i kładę się twarzą do ściany. Niespełniony król rock’n’rolla.