Ikony pokera – Mike Matusow

0
417
Mike Matusow

W latach rozkwitu pokera telewizyjnego był prawdopodobnie jednym z najpopularniejszych pokerzystów świata. Ludzie z niecierpliwością czekali na jego kolejny wybuch radości bądź złości, odliczali sekundy do następnego potoku słów czy mało subtelnych szpilek wbijanych przeciwnikom. Tak, oglądanie w akcji Mike’a Matusowa, bo o nim mowa, zawsze było ciekawym doświadczeniem. Niemniej ciekawe jest jego życie poza pokerowym stołem.

Oglądając archiwalne odcinki Poker After Dark bądź kompilacje wrzucane na YouTube'a, może wydawać się niestabilnym emocjonalnie bufonem z niewyparzoną gębą, która w dodatku nie chce się zamknąć. Przez jednych kochany, przez innych uważany za jednego z bardziej irytujących pokerzystów, zaraz obok Tony'ego G. czy Phila Hellmutha. Ale Mike Matusow, jak zapewnia wielu, zyskuje wraz z bliższym poznaniem. „Kiedy świat pokera lepiej poznał Mike’a, okazało się, że jest człowiekiem o złotym sercu” – pisze Phil Hellmuth w przedmowie do wydanej w 2008 roku autobiografii Matusowa.

My, zwykli zjadacze pokerowego chleba, również możemy spojrzeć na Amerykanina z nieco szerszej perspektywy, nie tylko tej znanej z transmisji telewizyjnych. Wówczas poznamy człowieka z krwi i kości, autentyka, z którym można się utożsamić. A jeśli nawet nie utożsamić, to przynajmniej zrozumieć. Jego życie w żaden sposób nie przypomina bowiem sielanki – to raczej trwający po dziś dzień emocjonalny roller coaster. Po każdym upadku – triumfalny wzlot, po każdym wzlocie – bolesny upadek.

Zaraz zaraz, powiecie, jakie znowu bolesne upadki, jakie emocjonalne roller coastery, skoro facet zarobił na pokerze miliony dolarów, a Full Tilt Poker płaciło mu duże pieniądze za promowanie marki. Ale to tylko jedna strona medalu.

Ta druga jest dużo bardziej skomplikowana.

Wejście do pokerowych czeluści

„Moja historia zaczyna się na zadupiu Las Vegas, na osiedlu przyczep kempingowych, gdzie marzenia rzadko kiedy się spełniały. Ba, mało kto w ogóle miał tam jakiekolwiek marzenia” – to pierwsze zdanie jego autobiografii. Sam Matusow również nie należał do najbardziej ambitnych. W dzień pracował w sklepie meblarskim swoich rodziców, po pracy natomiast przegrywał zarobione przed momentem pieniądze na automatach. Grą wyboru był wideopoker. „Miałem dwadzieścia trzy lata, żyłem od wypłaty do wypłaty, a wszystkie pieniądze, oprócz tych przeznaczonych na podstawowe potrzeby, wrzucałem do automatów. Dzień w dzień. Tak wyglądało moje życie” – opowiada. Problem był na tyle poważny, że Matusow wziął nawet udział w kilku spotkaniach Anonimowych Hazardzistów. Prędko jednak zrezygnował.

Była to paradoksalnie decyzja z dodatnią wartością oczekiwaną. Siedząc któregoś razu przy automacie, Amerykanina zaczepił jeden z kasynowych wyjadaczy i zaoferował, że nauczy go grać w takiego pokera, gdzie rywalami są ludzie, a nie maszyna. Takiego, na którym można w dodatku zarobić niezłe pieniądze. Matusow nie dał się długo namawiać, a cały następny tydzień spędził na przesiadywaniu za plecami swojego nowego kompana, obserwując jego grę, robiąc notatki, słowem – wsiąkając w pokera.

„Przez całe dotychczasowe życie w niczym nie czułem się pewny siebie. Ale to się zmieniło wraz z pierwszym pokerowym rozdaniem” – mówi Matusow. „Wreszcie znalazłem coś specjalnego. Coś, co mnie zafascynowało i nadało mojemu życiu sens, w czym byłem dobry. Wiedziałem, że moje życie czeka zmiana”.

Faktycznie, Matusow zamienił przegrywanie swoich wypłat na automatach w regularne wygrywanie przy pokerowych stołach. Karciane przychody błyskawicznie przewyższyły te pochodzące z „normalnej” pracy, a jeszcze w debiutanckim roku pokerowych zmagań wygrał swój pierwszy turniej, zgarniając przy okazji dziesięć tysięcy dolarów.

„Przez pierwszych kilka lat grałem pokera opartego przede wszystkim na instynkcie i umiejętności zrzucania rąk. Wierzyłem swoim readom w stu procentach” – tłumaczy Matusow. „Przeczuwałem, jakie karty trzymali akurat moi przeciwnicy. Wiedziałem, kiedy spasować”.

Jednak życie Matusowa już wtedy zmieniało się jak w kalejdoskopie. Pokerowy miesiąc miodowy przedłużył się wprawdzie o dwa lata, lecz w końcu nadszedł kryzys, pieniądze przestały płynąć strumieniem, a Amerykanin zacząć rozglądać się za nową, przynoszącą stabilny przychód pracą. Powrót do sklepu rodziców nie wchodził w grę, znalazł zatem zajęcie, które zdecydowanie bardziej pasowało pod jego profil zainteresowań – został krupierem w swoim ulubionym kasynie.

„To była prosta praca za 800 dolarów tygodniowo plus napiwki. Jasne, mogłem grindować za 400 czy 500 dolców na tydzień, ale mogłem też siedzieć po przeciwnej stronie stołu i zarabiać dwa razy więcej”.

Lecz jak mawia sam Matusow – a za nim tylu innych – gdy już wsiąkniesz w pokerowe czeluści, nigdy się z nich nie wydostaniesz. Dowiedziawszy się o atrakcyjnych cashówkach rozgrywanych w popularnym kasynie Binion’s Horseshoe, szybko wrócił do gry. Tym razem podszedł jednak do sprawy zdroworozsądkowo i nie porzucił wygodnej pracy pokerowego dealera. A pokusa była, co tu dużo mówić, spora – rozdając karty zarabiał 100 dolarów dziennie, grając w karty – nawet dziesięć razy więcej. Pokerowy comeback okazał się bowiem strzałem w dziesiątkę. Przez pierwszych kilka miesięcy wygrywał około 90% sesji. „Praca w kasynie za stówę dziennie stała się dużo trudniejsza, kiedy zacząłem grać na stawkach 10$/20$. W tych grach sto dolarów wynosiły najmniejsze pule” – przyznaje Mike Matusow.

Mike Matusow

„Miałem sen!”

Co się jednak odwlecze, to nie uciecze. Wkrótce mógł już w stu procentach poświęcić się grze w pokera. Najpierw uszył sobie wygodną poduszkę bezpieczeństwa w postaci stale powiększającego się bankrolla, a zaraz potem otrzymał kuszącą ofertę od miejscowego stakera. Jej zasady były proste – „The Mouth” miał złożyć wypowiedzenie z pracy w kasynie i zobowiązać się do porzucenia namiętnie przez niego obstawianych zakładów sportowych. W zamian otrzyma natomiast 100-tysięczny bankroll na gry cashowe na stawkach 20$/40$.

„Przystałem na te warunki, zabrałem się za grindowanie i w ciągu kilku tygodni zarobiłem ponad 60 tysięcy dolarów” – mówi Amerykanin, który świetne wyniki w grach cashowych poprawił jeszcze drugim miejscem w turnieju Limit Omaha Hi-Lo w ramach festiwalu WSOP. Pokonał go wówczas jedynie niejaki Scotty Nguyen. „Kiedy zostało nas trzech przystaliśmy na podzielenie się pieniędzmi, a później zwycięstwo było dla mnie sprawą drugoplanową. Rozgrywałem każdą rękę, Scotty wygrał kilkanaście rozdań pod rząd i ostatecznie cały turniej” – wspomina. „W 1997 roku bransoletki nie miały jeszcze żadnego znaczenia. Zmieniło się to dopiero po zwycięstwie Chrisa Moneymakera [w 2003 roku – przyp.red.]. Gwarantuję, że wygrałbym ten turniej, gdybym tylko się postarał”.

Z bransoletką czy bez, Matusow zakończył turniej bogatszy o 120.000$. „Doskonale pamiętam tę walizkę wypchaną pieniędzmi. Świętowaliśmy w limuzynie, a ja rzucałem grubymi plikami banknotów. Mimo drugiego miejsca, byłem bardzo szczęśliwy”.

Nieco ponad rok później mieszkający w Las Vegas pokerzysta był jeszcze szczęśliwszy. Tym razem świętował zaraz po zakończeniu Main Eventu – i to pomimo faktu, że w samym turnieju nawet nie zagrał. Zagrał za to – i ostatecznie wygrał – jego niedawny pogromca, Scotty Nguyen, którego 1/3 turniejowych udziałów należała właśnie do Matusowa. Jak do tego doszło?

Dwa dni przed rozpoczęciem Main Eventu Nguyen stracił swojego stakera i nie było go stać na opłacenie wpisowego. Wówczas do akcji wkroczył Mike Matusow, który wkupił urodzonego w Wietnamie pokerzystę do kilku satelit. Powodem tej decyzji był… sen, który przyśnił mu się zaraz przed startem turnieju.

„Siedziałem w nim w pierwszym rzędzie widowni kasyna Binion’s Horseshoe, a Jack Binion [ówczesny szef kasyna – przyp.red.] wkładał mistrzowską bransoletkę na nadgarstek Nguyena” – opowiada Matusow. „Sen był na tyle rzeczywisty, że obudziłem się w środku nocy i zszokowany siedziałem po prostu na łóżku. Wiedziałem, że Scotty nie zarejestrował się jeszcze do turnieju, więc postanowiłem mu w tym pomóc”.

Reszta to już dobrze znana i udokumentowana historia. Scotty dostał się do Main Eventu poprzez jedną z satelit, pokonał wszystkich rywali, rzucił słynnym „You call, gonna be all over, baby”, a potem padł w ramiona szalejącego z radości Matusowa.

Najgorsza życiowa decyzja

Słynny przydomek Matusowa, „The Mouth”, odnosi się, rzecz prosta, do jeszcze słynniejszej gadatliwości Amerykanina przy pokerowych stołach. I choć rzeczywiście trudno o trafniejszą ksywę, to miałbym nieśmiałą propozycję – Mike „Rollercoaster” Matusow.

Dzięki pieniądzom ze zwycięstwa Nguyena – była to pięknie wyglądająca liczba 333.333$ – i powodzeniu w grach cashowych, Amerykanin przechodził na coraz to wyższe stawki, osiągając w końcu poziom 200$/400$, a nawet 300$/600$. Wtedy dopadł go jednak potwór zwany czasem downswingiem i w ciągu miesiąca przegrał około 70.000$. Zamiast zagryźć zęby i kontynuować grinding na komfortowych limitach, „The Mouth” podjął decyzję kojarzoną raczej z pokerzystami początkującymi. „Zrobiłem to, co zawsze odradzam innym – postanowiłem odbić się na wyższych stawkach. Przeszedłem na największą grę w kasynie 400$/800$ mixed game” – opowiada Mike. „W osiem czy dziewięć dni przegrałem 400.000$. W niespełna dwa tygodnie straciłem cały bankroll. Wszystko przepadło”.

Na jego szczęście – niezupełnie wszystko. Matusow kupił wcześniej za gotówkę luksusowy dom na obrzeżach Las Vegas, a teraz wykorzystał ten fakt, pożyczając od banku pod jego zastaw 100.000$. Z pieniędzmi w kieszeni wrócił na stoły, a ledwie kilka tygodni później nie tylko spłacił pożyczkę, ale i odbudował swój bankroll. Finansowo wyszedł na prostą. Tego samego nie można powiedzieć o jego zdrowiu psychicznym.

Wtedy jeszcze nie wiedział, że cierpi na chorobę zwaną zaburzeniem afektywnym dwubiegunowym. Jej objawami są między innymi depresja i anhedonia (brak zdolności odczuwania przyjemności) – dokładnie z tym zmagał się Matusow od najwcześniejszych lat. Jeden z ataków depresyjnych dopadł Amerykanina w trakcie World Series of Poker w roku 2000, zaraz po niezwykle pechowym evencie, którego skończył ostatecznie na siódmym miejscu. „Powiedzieć, że byłem zdruzgotany, to za mało” – mówi Matusow, który o serii okrutnych bad beatów i coolerów postanowił zapomnieć w nocnym klubie, w towarzystwie najbliższych przyjaciół. Wychodziło mu to niespecjalnie, dlatego – za namową tychże przyjaciół – podjął „najgorszą decyzję swojego życia”.

„Namówili mnie na spróbowanie narkotyku zwanego ecstasy. Zapewnili, że po jego zażyciu będę szczęśliwy” – mówi Amerykanin, który wcześniej nie miał najmniejszego choćby kontaktu z nielegalnymi substancjami. Wtedy również wzbraniał się przed sugestiami przyjaciół, w końcu jednak nie wytrzymał i połknął tabletkę.

„Nigdy nie zapomnę, jak się wtedy poczułem. W jednej chwili byłem najżałośniejszą osobą pod słońcem, w następnej – byłem najszczęśliwszym człowiekiem, jakiego świat kiedykolwiek widział” – pisze na kartach swojej autobiografii.

Potem było jeszcze lepiej. „Gdy obudziłem się następnego ranka i wyszedłem na zewnątrz, świat był już innym miejscem. Niebo było bardziej niebieskie, góry wydawały się przejrzystsze, a powietrze świeższe. Moje życie diametralnie się zmieniło”.

Ulepszona wersja codzienności

Mimo że przy stołach pokerowych rzadko kiedy milczy dłużej niż przez pięć minut, w życiu prywatnym zawsze był nieśmiały, a nawiązywanie nowych znajomości bądź kontakty z płcią piękną przychodziło mu z trudem. Jak sam mówi – byle licealny kujon był przy nim niczym Hugh Hefner.

„Pewnie i bezpiecznie czułem się wyłącznie przy pokerowym stole” – tłumaczy Matusow. „Wszędzie indziej odczuwałem dyskomfort, a poczucie własnej wartości równe było zeru. Doszło do tego, że unikałem po prostu wychodzenia z domu”.

Zmieniło się to, gdy wsiąknął w kuszący świat używek. „Tydzień i dwie pigułki później z cichej, niewiele pijącej i nienawidzącej nocnych klubów osoby nie zostało praktycznie nic. Przeistoczyłem się w imprezowe zwierzę, które nie może doczekać się kolejnej dawki narkotyków”.

„Zacząłem żyć życiem gwiazdy rocka – striptizerki, seks z pięknymi kobietami, dzikie imprezy, loty po całym świecie, gra w pokera na najwyższych stawkach i rozrzucanie pieniędzy, jakby to było konfetti” – opowiada dalej Amerykanin. „Zażywałem morze narkotyków. Nie będę ukrywał, momentami ten styl życia bardzo mi się podobał, przypominał spełniającą się fantazję. Ale to była tylko jedna strona mojego życia”.

Druga strona nie przypominała fantazji, a jeśli już – to tę najmroczniejszą, podszytą masochizmem. Przez pierwsze pół roku wszystko układało się wprawdzie znakomicie, tak w życiu prywatnym, jak zawodowym, ale po pewnym czasie czar prysł. Powróciły za to ataki depresji, paniki, a także wszechogarniającej beznadziejności i bylejakości – i to ze zdwojoną siłą. Co więcej, ucierpiały także pokerowe umiejętności Matusowa. „Nie potrafiłem się skupić. Moja gra opiera się na instynkcie i umiejętności czytania przeciwników, a w tamtym okresie zatraciłem te zdolności”.

Będąc w kolejnym dołku psychicznym, Matusow – za namową swojej ówczesnej partnerki – postanowił wyleczyć się tym, czym się wcześniej zatruł, czyli narkotykami. Tym razem wybór padł na metamfetaminę. I wszystko powróciło do normalności. „Właściwie była to ulepszona wersja normalności” – poprawia Matusow. „Grałem na nieprawdopodobnym wręcz poziomie. Wiedziałem, co trzymają w ręku moi rywale. Przez następnych pięć miesięcy wygrałem około miliona dolarów. Byłem pieprzoną maszyną do drukowania pieniędzy”.

Ale historia – a jakże – zatoczyła koło. Z jedną różnicą – było jeszcze gorzej. Do nawracającej depresji doszły jeszcze momenty dziwnego letargu, który nie pozwalał Amerykaninowi wstać od pokerowego stołu. Jego sesje ciągnęły się przez dwa, trzy dni pod rząd, a każda z nich znacząco uszczuplała bankroll pokerzysty z Nevady. „Metamfetamina zamienia cię w potwora. Zaczynasz nienawidzić siebie i wszystkich dokoła. Straciłem mnóstwo wagi, prawie w ogóle nie jadłem. To było żałosne”.

Kilkakrotnie podejmował próbę rzucenia narkotyków, by za moment do nich wracać. Schemat zawsze wyglądał podobnie – sięgał po metamfetaminę bądź ecstasy, następowała poprawa, potem był ostry zjazd, odstawiał narkotyki, znów było dobrze, depresja jednak w końcu wracała, a wraz z nią wracały narkotyki. „Największym niebezpieczeństwem metamfetaminy było to, iż zacząłem wierzyć, że bez niej nie jestem w stanie funkcjonować” – przyznaje Amerykanin, któremu ostatecznie udało się wygrać walkę z narkotykami. Pomogli w tym lekarze, którzy wykryli u niego wspomniane wcześniej zaburzenie dwubiegunowe afektywne i ADHD, a także postraszyli, że w przypadku dalszego zażywania konsekwencje mogą być dużo gorsze.

„The Mouth” narkotyki wprawdzie odstawił, ale dalsze konsekwencje i tak go dopadły. Nie miały jednak nic wspólnego ze zdrowiem.

Policja puka do drzwi

W trakcie tych kilku lat życia wypełnionego uciechami cielesnymi i ekstrawagancjami wszelkiej maści, Matusow zasłynął w co bardziej rozrywkowych środowiskach jako gospodarz najlepszych i najtłoczniejszych imprez w okolicy. Kogo to w jego domu nie było – gwiazdy porno, biegające na golasa modelki, drugorzędni aktorzy i aktorki, krótko mówiąc imprezowicze z całej Nevady. Kiedy jego dom przestał być jednak miejscem niekończących się zabaw i schadzek, a sam Matusow przechodził przez trudny okres narkotykowego detoksu, większość towarzystwa najzwyczajniej w świecie o nim zapomniała.

Wyjątkiem był właściciel nowojorskiego klubu nocnego, który jako jeden z niewielu regularnie odwiedzał Matusowa i wspierał w najtrudniejszych momentach. Któregoś razu poprosił jednak o dziwną przysługę – chciał, żeby unikający narkotyków jak ognia „The Mouth” załatwił mu… 50 gramów kokainy. „Wiedział, że nie sprzedaję i nigdy nie sprzedawałem narkotyków. Mówiłem mu, że czuję się z tą prośbą totalnie niekomfortowo, ale on wciąż nalegał” – tłumaczy Mike, który koniec końców uruchomił swoje niegdysiejsze znajomości, a kilka dni później przekazał przyjacielowi załatwioną kokainę.

„Przyjaciel” okazał się być agentem rozsławionej ostatnio dzięki serialowi „Narcos” DEA – organizacji rządowej zajmującej się walką z narkotykami. Kilka dni po przekazaniu agentowi kokainy, do drzwi Matusowa zapukała policja, a kolejnych kilka dni później zostały mu postawione zarzuty. Amerykanin przekonywał, że nigdy nie handlował narkotykami, a kokainowa transakcja była jedynie przyjacielską przysługą, na której nie zarobił ani grosza. Jego werbalne zdolności tym razem nie pomogły. „The Mouth” najpierw trafił do aresztu, a jakiś czas później poszedł na pół roku do więzienia.

W tak zwanym międzyczasie – pomiędzy aresztem, spotkaniami z prawnikami, rozprawą a więzieniem – Matusow nie odpuszczał i nadal grywał w cashówkach i turniejach. W tym okresie udało mu się m.in. wygrać duży turniej na karaibskiej Arubie, dzięki czemu do więzienia szedł o milion dolarów bogatszy (inna sprawa, że lwią część tej kwoty przegrał, obstawiając za pośrednictwem znajomego zakłady sportowe).

„To nie tak, że potrafiłem zapomnieć o areszcie, więzieniu i całym tym prawnym zamieszaniu. To ciągle siedziało w mojej głowie, ale poker był przecież moją pracą. Był również schronieniem, do którego uciekałem, by zapomnieć o problemach” – opowiada Mike. „Gdy byłem młodszy, poker służył mi jako kryjówka przed samotnością. Później poker pomagał mi w walce z depresją. Był moją odsieczą, jedyną terapią, którą znałem i której ufałem”.

Mike Matusow

Nie ma to jak przyjaciele

Matusow nie miał szczęścia do przyjaciół, także tych z branży pokerowej. Najjaskrawszym przykładem jest tu Russ Hamilton, mistrz Main Eventu WSOP z 1994 roku, ale dzisiaj kojarzony przede wszystkim jako główny (anty)bohater afery na Ultimate Bet, największego – zdaniem popularnego programu „60 Minutes” – skandalu w historii pokera online. Wykorzystując pozycję konsultanta tejże platformy i widząc karty trzymane przez swoich rywali, Hamilton przez kilka lat zarobił, a właściwie ukradł, około dwudziestu milionów dolarów. Część tej sumy należała wcześniej właśnie do „The Moutha”. „Przez oszustwa Hamiltona straciłem półtora miliona dolarów, a zwrócono mi jedynie 375.000$” – mówi. „Mogę przysiąc – wiedziałem, że coś jest nie tak. Przegrałem 51 z 52 sesji i przeczuwałem, że on widzi moje karty”.

„Zadzwoniłem do Russa i powiedziałem, że coś tu nie gra. On na to, że Ultimate Bet ma najlepsze zabezpieczenia na rynku, że mam po prostu pecha. Aż trudno uwierzyć, że ktoś może być takim gnojem”.

A propos – dobrym kumplem Matusowa był również niejaki Howard Lederer, persona non grata środowiska pokerowego. Gdy wybuchł głośny szwindel związany z Full Tilt Poker, autor „Check-Raising the Devil” przechowywał na sofcie około 300.000$. Nie zwrócono mu ani centa. Amerykanin był jednym z graczy sponsorowanych przez FTP, w związku z czym Amerykański Departament Sprawiedliwości uznał, że nie należy mu się jakiekolwiek zadośćuczynienie. „Jasne, pracowałem dla firmy, ale nie byłem jej właścicielem. Nie miałem z tą aferą nic wspólnego. To zwykła wymówka Departamentu Sprawiedliwości, żeby kraść od ludzi takich jak ja” – mówi Matusow, który po upadku FTP wielokrotnie próbował dodzwonić się do Lederera. Bez skutku.

Nie może zatem dziwić, że Matusow jest zawziętym krytykiem internetowego pokera. „Co najwyżej jeden na tysiąc graczy wywodzących się z pokera online przebija się w grze na żywo. Ci ludzie nie rozumieją pokera” – mówi Mike. I zaraz dodaje: „Poker internetowy nie jest prawdziwym pokerem i gówno mnie obchodzi, co mają na ten temat do powiedzenia inni. Nie jest i tyle”.

Co bardziej złośliwi twierdzą jednak, że hejt Matusowa wymierzony w pokera online jest niczym innym, jak zwykłą frustracją spowodowaną słabymi wynikami. Jego osiągi online nie należą bowiem, łagodnie mówiąc, do najlepszych – według portalu highstakesdb.com, „The Mouth” przegrał w swojej karierze ponad milion dolarów.

Lepszy niż Ivey

Ocenianie pokerowych zdolności Mike’a „The Mouth” Matusowa jedynie przez pryzmat wyników osiąganych online, byłoby jednak sporą niesprawiedliwością. Mówimy w końcu o gościu, który w pokera na żywo wygrał ponad dziewięć milionów dolarów, który zgarnął cztery bransoletki WSOP, a 54 razy kończył turnieje tego festiwalu w kasie, który dwa razy był na stoliku finałowym Main Eventu WSOP, który zwyciężył w Tournament of Champions i National Heads-Up Poker Championship, który – wreszcie – osiągnął to wszystko zmagając się jednocześnie z problemami na innych życiowych płaszczyznach.

Sam Matusow doskonale zna swoją pokerową wartość. „Myślę, że czytam innych lepiej niż Phil Ivey. Myślę, że czytam lepiej niż ktokolwiek na świecie”. W innym miejscu dodaje: „Jestem drugim najlepszym graczem turniejowym na świecie”.

Wypada również wspomnieć o najważniejszej bodaj broni w pokerowym arsenale Amerykanina, o tzw. „speech play”, a mówiąc wprost – o jego niezamykającej się buzi. Nie jest to jedynie zwykła błazenada mająca zapewnić publiczności rozrywkę, ale również, być może przede wszystkim, narzędzie służące do wbijania rywalom szpilek, pozbawiania ich pewności siebie.

Phil Hellmuth: „Pamiętam z dawnych czasów, że gdy jakiś świeżak zasiadał do stołu, przy którym czekał już Matusow, Mike robił dwie rzeczy. Najpierw obrażał nowego gracza, mówiąc coś w rodzaju: «Czekaliśmy na takiego palanta, jak ty! Dzięki Bogu, że tu jesteś, teraz mogę wygrać dodatkowych 20.000$!». Potem obrażał całą resztę: «Ale nie martw się, kolego. Jesteś wprawdzie beznadziejny, ale wszyscy inni przy stole to barany! Masz tu barana numer jeden, który nie wie, jak się gra w hold’ema, barana numer dwa, który jest graczem turniejowym, i barana numera trzy, miliardera bez krztyny talentu»”.

Takie zachowanie na przestrzeni lat przysporzyło Mike’owi wielu krytyków, ale on sam niespecjalnie się tym przejmuje. „Po prostu lubię dobrze się bawić. Jestem przy stole, by uczynić ten sport – czy jakkolwiek to nazwiemy – przyjemnym do oglądania dla innych” – tłumaczy Amerykanin.

„Ludzie nie będą oglądać pokera, w którym ośmiu graczy siedzi przy stole w totalnej ciszy. Oni potrzebują gadających od rzeczy głupków w stylu Phila Hellmutha, Daniela Negreanu czy mnie. Poker jest jak wrestling, to przede wszystkim rozrywka”.

Mike Matusow – najszczęśliwszy człowiek na świecie

W ostatnich latach zniknął z radarów, a bodaj ostatnim wydarzeniem, dzięki któremu pokerowy świat usłyszał o Matusowie, był wygrany przez niego turniej National Heads-Up Poker Championship.

Powodem tego pokerowo-medialnego exodusu były, jak to zwykle u „The Moutha”, problemy w życiu pozakarcianym. Pierwszych z nich były tarapaty finansowe, ocierające się wręcz o bankructwo. Najpierw, w 2013 roku, przegrał mnóstwo pieniędzy po serii nieudanych zakładów sportowych, a rok później uderzył go fatalny run przy stołach. Drugim powodem, dużo poważniejszym, było podupadające zdrowie.

Lekarze wykryli u niego poważny uraz kręgów piersiowych, będący następstwem zwapnienia dysku w kręgosłupie, a także nieszczęśliwego upadku z krzesła podczas któregoś z turniejów. „Nie mogłem chodzić, moje nogi odmawiały posłuszeństwa” – mówi Matusow. „To cud, że nie zostałem sparaliżowany”. Schorzenie dokuczało mu również przy stołach. „Powodowało różne niewydolności neurologiczne” – precyzuje. „Nie mogłem się skupić, byłem poza grą, źle rozgrywałem wszystkie niemal rozdania”.

W 2016 roku nastąpiła poprawa. Nie tyle w sferze zdrowotnej, bo Matusow do dnia dzisiejszego odczuwa ból, ile zawodowej. Online zarobił ponad 100.000$ grając stawki 40$/80$, do tego dołożył pięć miejsc płatnych na World Series of Poker. W tegorocznym WSOP było jeszcze lepiej. „The Mouth” zakończył w kasie aż siedem eventów, w dodatku w trzech z nich doszedł do stolika finałowego. Łącznie zgarnął ponad 250.000$.

„Tegoroczny WSOP zakończył się takim sukcesem, ponieważ po raz pierwszy w życiu przestałem się nad sobą użalać” – twierdzi Amerykanin, przekonując przy tym, że pokerowa konkurencja wcale nie zostawiła go w tyle. „Myślałem, że mnie prześcignęli, ale tak nie jest. Wciąż czytam lepiej niż inni”.

Mimo problemów ze zdrowiem, które przeszkadzają mu w podstawowych czynnościach życiowych i uszczuplają portfel o kilkanaście tysięcy dolarów tygodniowo, Mike Matusow uważa, że ma powody do radości. „Niewiele brakowało, a resztę swojego życia spędziłbym na wózku inwalidzkim” – mówi. „A teraz mogę chodzić. Jestem pieprzonym szczęściarzem, najszczęśliwszym człowiekiem na świecie”.

Artykuł autorstwa Mateusza Marcoli

    Przygodę z pokerem zaczął chwilę po osiemnastce, przygodę z pisaniem - dużo wcześniej. W chwilach wolnych od jednego i drugiego czyta, kibicuje Tottenhamowi i słucha Depeche Mode.