Face to face with the Ace: Galeria Kolesiów

0
Face to face with The Ace

Zmierzch kolejnych edycji World Series of Poker to gorący czas dla historyków pokera, którzy prześcigają się w domysłach na temat nominacji do pokerowej Galerii Sław. A także w lamentach przygotowywanych na wypadek pominięcia którejś z najgorętszych kandydatur.

To, że członkostwo w Poker Hall of Fame stanowi wyjątkowe wyróżnienie i znaczące osiągnięcie, bezwzględnie koronujące karcianą karierę, nie ulega wątpliwości. Nawet jeśli z przemówień kolejnych członków wylewa się za dużo lukru – nikt z pewnością nie mija się z prawdą, zapewniając o wyjątkowości uczucia, jakie towarzyszy absolutnemu uznaniu zasług.

Czy jednak Galeria Sław nie stanowi tak naprawdę czyjegoś folwarku? Czy aby nie dzieje się tak nie po raz pierwszy? A może utyskiwania na niesprawiedliwe pominięcia i wybory to elementarna składowa procesu, który z definicji nie może być obiektywny? W końcu zadowolić wszystkich w ostatnich latach potrafiła jedynie Lisa Sparxxx podczas warszawskiego Eroticonu 2004.

Doyle the Man, Daniel the Boss

Przeglądając nazwiska 52 członków Galerii znaleźć można sporo osób, które niemal nie powinny nigdy żyć – w końcu prawie nie ma ich w Google. Red Winn, Murph Harrold, Red Hodges, Henry Green, Julius, k…a, „Oral” Popwell? Kto zacz? “Considered to be the one of the best”, “excellent all-around player” – to jedyne metryczki, jakie można znaleźć w sieci. Ale chyba trzeba temu zawierzyć – wszak w owych surowych czasach pierwszej połowy lat osiemdziesiątych pokerzyści zwykli szanować dwie rzeczy – pieniądze i samych siebie, co doskonale oddaje głosowanie przeprowadzone w ramach World Series w 1970 roku.

Pod koniec lat dziewięćdziesiątych dinozaury zaczęły wymierać lub definitywnie chować się w swych jaskiniach, do czego wprost proporcjonalnie rosła pozycja Doyle’a Brunsona jako karcianego matuzalema. O tym, jak decydującym głosem dysponował Texas Dolly, ćwierkały nie tylko ptaszki. Ze sporą dozą prawdopodobieństwa można stwierdzić, że nominacja Crandella Addingtona w 2005 roku, a przede wszystkim wieloletniego towarzysza Brunsona, „Sailora” Robertsa w 2012 roku, to efekty zatrważającej siły lobbingu posiadacza dziesięciu bransoletek. Osobiście uważam te wybory za dobre, ale jestem niemal pewny, że bez Doyle’a by do nich nie doszło.

Brunson potrafił wiele, ale eliksiru młodości nie uwarzył. W 2014 roku zaszczytu wstąpienia do karcianego panteonu dostąpił Daniel Negreanu – synonim siły przebicia, człowiek potrafiący wyraźnie akcentować swoje zdanie. Zaprawdę więc powiadam wam – wszelkie przyszłe wybory wymagać teraz będą pieczątki D-Negsa. Możemy się zatem spodziewać, że w przyszłych latach do Galerii dołączy wielu jemu najbliższych.

Historia, głupcze!

david sklanskyJeśli się nie mylę, już lata temu padł ostatni bastion rozwagi i pozorów obiektywności. Nominacje pokerowej społeczności zawsze stanowiły festiwal popularności i targowisko próżności – na szczęście przy wyjściu zawsze stali ochroniarze prawdy, którzy z jubilerską dokładnością ważyć mieli zasługi i osiągnięcia. Dziś umarłym nie zapali znicza już nikt, od dziś będzie zbyt wielu „wielkich czterdziestoletnich”, by zawracać sobie głowę tymi, którzy zasłużyli zbyt wcześnie.

Perry Green, „Oklahoma” Johnny Hale, Bobby „The Wizard” Hoff, Jesse Alto, Mickey Appleman, Jimmy Casella, David Sklansky, Gabe Kaplan. To tak na szybko, jednym tchem. Hall of Fame bez Sklansky’ego jest sułtanem Brunei jadącym Multiplą. Christer Bjorin, Humberto Brenes, Ted Forrest czy David Chiu byli w ostatnich latach nominowani wielokrotnie, ale to dopiero początek ich drogi, bo każdego roku pojawiać się będą debiutanci o szerokich plecach.

Ktoś może powiedzieć: „Ace naczytał się o starych dziadach i idzie na wiatraki z plecakiem pełnym graczy zmarłych za Trumana i Eisenhowera, podczas gdy dziś trzeba patrzeć w przyszłość, a nie topić się w Old Spice i nietrzymanym moczu”. Tylko, że Galeria Sław to przeszłość właśnie. Niech najlepszym przykładem ignorancji i głupoty społeczności będzie nominacja 23-letniego Toma Dwana w 2009 roku. Owego gorącego, lipcowego dnia poker zapłakał, a post-moneymakerowskie pokolenie dało znakomity kontrargument dla słynnej, pokerowej inteligencji.

Nazwa Galerii zobowiązuje, ale obawiam się, że przyszłe lata będą stopniowo wybijać gwoździe z jej legitymacji. Takie mamy czasy.

Nie twierdzę, iż pisanie jest lepsze od seksu, ale po skończonym artykule idę zapalić i kładę się twarzą do ściany. Niespełniony król rock’n’rolla.