Dream Team, o którym nie macie pojęcia

0
743

Pytanie o „wymarzony skład stołu” lub „stół, do którego nie chciałbyś się dosiąść” często przewija się w karcianych wywiadach. Są nazwiska, które trafiają do tego typu zestawień zdecydowanie najczęściej. Wydawać by się mogło, że w takim zbiorze znajdować się będą gracze różnych światów czy karcianych epok – niczym Pele, Maradona i Messi w futbolowych Dream Teamach. Niewielu jednak wie, że czterech przedstawicieli wąskiej grupy najlepszych i najpopularniejszych stanowiło kiedyś grono bliskich kumpli. Ich znajomość wydała unikalne jakościowo owoce.

Dziś – w czasach pokera online, sformalizowanych teamów, study groups i poker chatek – pokerzysta idący przez karty w pojedynkę stoi na straconej pozycji. Omijają go dobrodziejstwa generowane przez uspołecznienie pokera. I choćby w głowie miał więcej, niż inni – uciekać trudno, bo peleton zawsze jedzie szybciej.

Ale jeszcze dwadzieścia lat temu (a to wcale nie wieczność) poker był grą samotników i indywidualistów. Dokonywano stakingów, swapów czy wspólnych analiz, nieliczni nawet decydowali się na ekshibicjonizm, dzieląc się wypracowaną strategią z czytelnikami swych książek. Ale kiedy przyszło usiąść do stołu, otwierano kolejny rozdział „me against the world”.

Pionierstwo Doyle'a, falstart Boyda

Gdy w latach siedemdziesiątych „Amarillo Slim” Preston, Doyle Brunson i „Sailor” Roberts połączyli swoje bankrolle, pokerową innowacyjność wyniesiono na nowy poziom. Bo w owych czasach każdy zwykł zbierać do swojego wora i budzić się w tym samym łóżku obok tej samej kobiety. Może dlatego, że kasynowa średnia wieku sięgała pięćdziesiątki. Już samo wspólne podróżowanie do Vegas ekipy z nowojorskiego Mayfair Clubu odbierane było jako „team play”, oczywiście bez pejoratywnego wydźwięku.

W 2003 roku Dutch Boyd, świeżo po osiągnięciu semi-FT w turnieju głównym World Series of Poker, zrekrutował Scotta Fischmana, Bretta Jungbluta, Tony’ego Lazara i Joe Bartholdiego (dziś już nie ma sensu sprawdzać, co to za ludzie) i proklamował utworzenie „The Crew”. Boyd pragnął stworzyć pierwszą zorganizowaną grupę młodych prosów, którzy mieli wyrwać karciany prymat z rąk dziadziusiów i zbudować nową jakość wygrywającego pokerzysty.

Szybko okazało się jednak, że Boyd i jego sezonowcy wcale nie byli pierwsi. Odkurzono legendę „The Original Crew”, najbardziej utytułowanej ekipy pokerowej w historii pików i trefli. 117 finałowych stołów i 26 bransoletek World Series of Poker oraz 97 mln $ wygranych w turniejach live – do takich liczb nie sięga wyobraźnia członków ekipy Boyda. A to właśnie wspólna metryczka czterech pokerzystów, z których każdy zapracował już na status legendy bez względu na to, co jeszcze w kartach osiągnie.

Cudowne lata

Przenieśmy się dwadzieścia jeden lat wstecz. Minęło już kilka amerykańskich, dusznych wiosen od dnia, w którym Johnson opuścił rodzinną Sumatrę. Teraz, z sumiennie wypracowanym dyplomem MBA w ręku, stawia pierwsze kroki po ciemniejszej stronie Miasta Aniołów, coraz pewniej radząc sobie w pokerowej sali Commerce. 23-letni Daniel, który już jako dzieciak uczył się życia w klubach bilardowych i domach gry w Toronto, po raz drugi szykował się do podboju Vegas. W sierpniu 1997 roku rywalizował z Johnsonem na arenie Heavenly Hold’em. Tam gracze szybko znaleźli wspólny język.

W tym czasie 20-letni Allen, po porzuceniu edukacji na UCLA, grindował niskie stawki w indiańskich kasynach, które zezwalały na grę przed ukończeniem 21. roku życia. Pewnego dnia w jednej z takich gier zagrał także Daniel, zawiązując z Allenem nic porozumienia. W owym czasie Phillip, po latach legitymowania się fałszywym dokumentem tożsamości i zyskiwania sławy jako „No Home Jerome”, rozpoczynał grę na własny rachunek. Jego bliski znajomy Allen przedstawił go pozostałym, mówiąc: „Jest dość dobry”.

„Największą wartość edukacyjną miało dzielenie się wizją rozdania z ludźmi, którym ufasz. Dziś podobne rzeczy dzieją się na forach, ale wówczas robiliśmy tak tylko my. Po turnieju jedliśmy razem kolację i wyglądało to mniej-więcej tak: Phil opowiadał o rozegranej przez siebie ręce, ja generalnie się z nim zgadzałem. Wówczas John pytał: „Przegrałeś rozdanie?”. Jeśli Phil odpowiadał „Tak”, John stwierdzał: „Więc prawdopodobnie rozegrałeś tę rękę źle”. Wówczas Allen dawał nam odpowiedź. On ją zawsze znał, ale koniec końców wszyscy uczyliśmy się czegoś nawzajem.”

Przełomowy okazał się rok 1998. Daniel, John i Allen zadebiutowali na World Series of Poker, gdzie poznali Kirka i Layne’a. Cała szóstka była do siebie bardzo podobna, a jednocześnie tak różna od ogółu pokerzystów tamtych czasów. Kirk i Daniel zdobyli po bransoletce, Layne zajął w jednym z eventów drugie miejsce. Daniel został najmłodszym graczem, jaki kiedykolwiek sięgnął po świecidełko WSOP. Nasi bohaterowie spędzali ze sobą coraz więcej czasu; mieszkali w sąsiednich lub wspólnych pokojach. Godzinami gryźli strategie i game plany, które stronice kreślone przez Sklansky’ego i Brunsona wywracały do góry nogami.

Wielka klasa

Kolejny rok był dla nich mniej udany. Ze wspólnie wytyczonej trasy skręcać począł Layne, topiąc się w zgubnym bagnie używek. Kirk nie dźwignął presji i zdecydował się na wyjazd do Nowej Zelandii, który miał być wyjazdem na zawsze. Być może przetasowania te były niezbędne, by wykrystalizować właściwą „The Original Crew”. I by osiągnąć wszystkie te szczyty, na których stanęli jej członkowie.

Layne Flack ostatecznie poradził sobie z pędem do wspomagania. Dziś legitymuje się sześcioma bransoletkami WSOP, tytułem World Poker Tour oraz renomą właściwą najlepszym. Kirk Morrison po siedmiu latach wrócił do Stanów, wygrywając jeszcze ponad 2,5 mln dolarów. Ale wybierając emigrację w kluczowym momencie kariery przegrał chyba swoją szansę. Bo Daniel Negreanu, John Juanda, Allen Cunningham oraz Phil Ivey zapisali się już w historii kart niezmazywalnym, złotym tuszem rzeczy wielkich.

Dziś powyższa czwórka rozpoznawalna jest dla każdego pokerowego kibica. Może z wyjątkiem Cunninghama, którego najsłabiej objęły błyski fleszy, a który paradoksalnie przez swoich kolegów z teamu uważany był za zdecydowanie najlepszego pokerzystę. Dwadzieścia jeden lat po pierwszej i jednocześnie ostatniej edycji Heavenly Hold’em członkowie „The Original Crew” uważani są za oldschoolowców. Tak jak każdy, kto zaczynał z pokerem nie tylko przed „Rounders”, ale nawet przed Moneymakerem. To fascynujące, że w gronie czterech jednakowo zaangażowanych, a jednocześnie tak różnych osobowości nie znalazł się ktoś, kto odstawałby poziomem. Kto pozostałby nawet „świetnym graczem”, ale nigdy nie określono by go jako „jednego z najlepszych”. A jednak każdy z nich ugrał przynajmniej 5 bransoletek i 11 mln dolarów w turniejach stacjonarnych. Wszyscy plasują się w Top 50 All Time Money List oraz Top 20 pod względem liczby triumfów na WSOP.

W 2018 roku znaczenie pokerowej współpracy (oczywiście fair, chociaż granica jest tu niebezpiecznie cienka) jest niepodważalne. Dziś tempo pokerowego rozwoju stanowi wypadkową tego, z kim nawiązuję się kontakt i z czyjego dorobku się korzysta. Historia „The Original Crew” pozostaje niemal zapomniana. A przecież świadczy o początkach karcianych legend i stanowi genezę pokerowych teamów, powszechnych dziś jak warszawski Teatr Hubnera.

Negreanu każdego roku poświęca World Series of Poker wyjątkowe skupienie. Spora liczba droższych eventów przyciągnie zapewne do Vegas Juandę. Phil Ivey już zapowiedział swój powrót na WSOP, a Cunningham rokrocznie zalicza ładne deepy w najbardziej liczebnych turniejach. Ten rok może być ich.

Przepowiednie przed WSOP cz.2 – big blind ante, starcie Douga Polka i Daniela Negreanu

Nie twierdzę, iż pisanie jest lepsze od seksu, ale po skończonym artykule idę zapalić i kładę się twarzą do ściany. Niespełniony król rock’n’rolla.