W ostatni wtorek jednakże poległam, uległam i ostatecznie się zgodziłam na udział w side event, bowiem zdania nie zmienia tylko krowa, a mnie, mimo wszystko, bliżej jednak do ryby.
Pierwsze pieniądze zdążyłam stracić już w podróży? Otóż nie wiedzieć w wyniku jakiego tematu rozmowy (próbowaliśmy sobie to później przypomnieć, lecz nikt nie podołał) Lukro stwierdził nagle, iż w jego kieszeni znajduje się?różaniec. Oczywiście ani ja, ani Serginho, ani też kierowca Górny nie chcieliśmy dać tak osobliwemu oświadczeniu wiary, Lukro zaproponował więc zakład o 100zł. I choć byliśmy przekonani, iż chce nas po prostu perfidnie wyblefować, początkowo nikt zakładu nie przyjął. W końcu jednak padło hasło, żeby stówkę podzielić na trzy osoby, wobec czego zadowolony Lukro wyciągnął z kieszeni dowód koronny, a na koniec w promocji jeszcze nas wyśmiał. Co za bad beat!
Tymczasem na miejsce dotarliśmy oczywiście spóźnieni (minął już pierwszy poziom blindów). Gra z marszu okazała się jednak być dla mnie korzystna, bowiem dość szybko z początkowych 8 tysięcy udało mi się wycisnąć trzy razy tyle: najpierw zgarnęłam sporą pulę z 43 w kierach dzięki kolorowi z flopa, a potem dofiszowałam resztę na top parę, której nie umiałam zrzucić wyrzucając tym samym Rebela z turnieju (przepraszam!). Wkrótce jednak grywalne karty przestały przychodzić, blindy jakby nagle przyspieszyły, a mnie przesadzono do innego stołu i dobra passa się skończyła… Dryfowałam więc sobie na shorcie czepiając się różnych okazji kradzieży, w cudowny sposób podwoiłam się na dolnej parze dzięki wyriverowaniu tripsa, aż wreszcie odpadłam na miejscu 15-tym, akurat po to, aby pozostała 14-tka nie musiała się martwić o nagrody. W konsekwencji, pomimo spędzenia 8 godzin przy stole, zupełnie nie czuję nagrana, a już tym bardziej wygrana. Mogłam za to poznać kolejną próbkę znanych mi już z forum postaci, pośmiałam się i rozgrzałam trochę przed turniejem urodzinowym Jacka. Chyba zawitam na PPT w Poznaniu.



