10 albumów, za które kocham muzykę cz. I

0

Na Facebooku modna jest ostatnio zabawa – ktoś pokazuje okładki swoich dziesięciu ulubionych albumów muzycznych, bez opisu i tłumaczenia, dlaczego akurat te, a nie inne płyty przypadły mu do gustu. Ja tak niestety nie umiem, a więc…

…dzisiejszym artykułem rozpoczynam nowy cykl muzycznych opowieści, a w nich opowiem Wam o dziesięciu płytach, które wywarły w moim życiu największy wpływ na słuchaną przeze mnie muzykę, jej gatunki, wykonawców itd. Dobór i różnorodność tych dziesięciu zespołów i piosenkarzy oraz ich dzieł może Was lekko zdziwić lub nawet lekko zszokować, bo gatunki muzyczne są z tak różnych półek, że ciężko będzie może nadążyć za moim sposobem myślenia. Ale po pierwsze albumy te powstawały przez kilkadziesiąt lat i moje gusta się w tym czasie zmieniały i rozwijały, a po drugie zaczynałem ich słuchać w różnych momentach, mając akurat takie, a nie inne fascynacje czy zainteresowania muzyczne.

W każdym razie zawsze chciałem napisać taki tekst i nigdy nie było ku temu większej okazji, więc teraz, przy okazji „nominowania mnie” przez jedną z moich koleżanek do tej facebookowej zabawy, mogę wreszcie nieco szerzej opowiedzieć o tym moim płytowym TOP 10 i z tej okazji korzystam. Dziś więc…

Miejsce 10

Queensryche – „Empire”

rok 1990, wytwórnia EMI America

Utwory:

  1. „Best I Can” – 5:34
  2. „The Thin Line” – 5:42
  3. „Jet City Woman” – 5:21
  4. „Della Brown” – 7:04
  5. „Another Rainy Night (Without You)” – 4:29
  6. „Empire” – 5:24
  7. „Resistance” – 4:50
  8. „Silent Lucidity” – 5:47
  9. „Hand on Heart” – 5:33
  10. „One and Only” – 5:54
  11. „Anybody Listening?” – 7:41

Sam nie wiem, kiedy po raz pierwszy zetknąłem się z tym albumem. Nie słuchałem nigdy wcześniej Queensryche, więc nie była to kontynuacja mojej fascynacji tym zespołem. Reszty ich płyt słuchałem dopiero później, po zakochaniu się do szaleństwa w „Empire”. Musiał to być najprawdopodobniej jakiś zupełny przypadek podczas moich poszukiwań nowego, ciekawego, rockowego brzmienia. Za to jak już posłuchałem tej płyty po raz pierwszy, to wiedziałem, że na mojej liście do notorycznego odsłuchiwania zawita na długo. I jest już na niej ponad 25 lat!

Zespół Queensryche powstał na długo przed nagraniem tej płyty. W wyniku połączeń paru muzyków zaangażowanych w grę w kilku grupach muzycznych z Seattle powstała najpierw kapela The Mob, jednak nie miała ona wokalisty. Ten znalazł się dość szybko, również dochodząc do zespołu z rozpadającej się właśnie grupy. Tak powstał Queensryche, którego trzon tworzyli genialny gitarzysta i kompozytor większości utworów Chris DeGarmo i charyzmatyczny frontman Geoff Tate. To ta dwójka decydowała w największym stopniu o artystycznym kierunku, w jakim podążał przez lata zespół. DeGarmo (czasem przy współudziale drugiego gitarzysty Michaela Wiltona) komponował, a Tate pisał teksty. Ich pierwsze dwa albumy, choć były w miarę udane, nie stały się wielkimi przebojami na muzycznym rynku w USA i nie przebiły się ponad przeciętność. Przełomem była trzecia płyta „Operation: Mindcrime”. Zarówno krytycy jak i fani album ten wychwalali pod niebiosa i stał się on dla grupy przepustką do kariery.

Queensryche

Nikt jednak nie przypuszczał zapewne, że prawdziwy sukces, zarówno artystyczny jak i komercyjny, nadejdzie wraz z kolejnym wydanym przez Queensryche materiałem. „Empire” musiał pokonać legendę swojego poprzednika, a muzycy sami sobie poprzeczkę zawiesili bardzo wysoko. Jednak udało im się to doskonale. W samych Stanach Zjednoczonych czwarta płyta studyjna zespołu sprzedała się na początku lat dziewięćdziesiątych w ponad trzech milionach egzemplarzy, czyli lepiej niż wszystkie trzy poprzednie razem wzięte. Trasa koncertowa do tego albumu trwała aż 18 miesięcy i objęła też występ dla MTV Unplugged w kwietniu 1992 roku.

Czym ta płyta zdobyła tylu fanów? Co jest w niej takiego specjalnego? Powiedziałbym, że album ujął mnie swoim nadzwyczajnym magnetyzmem. Nie da się (a przynajmniej mi jest ciężko) przestać słuchać go w połowie, nie warto też słuchać poszczególnych kawałków pojedynczo. To piękna, skomplikowana pod względem muzycznej budowy całość, która tworzy niesamowity klimat tej płyty. Już otwierający cały album utwór „Best I Can” zaskakuje słuchacza. Chłopięcy chórek i delikatne instrumenty klawiszowe zmieniają się po chwili w ostre gitarowe rify i zaczyna się rockowa uczta…

W kolejnym utworze na płycie – „The Thin Line” – Geoff Tate udowadnia wszystkim, dlaczego uznawany jest za nieprawdopodobnie uzdolnionego wokalistę. Swój unikalny 4-oktawowy głos Geoff szkolił jeszcze jako dziecko, pobierając lekcje śpiewu. Zaowocowało to później przyznaniem mu przez opiniotwórczy magazyn „That Metal Show” drugiego miejsca wśród wokalistów rockowych i metalowych wszech czasów. Pokonał go jedynie Bruce Dickinson z Iron Maiden, ale za nim znaleźli się m.in. Axl Rose z Guns N’ Roses czy Sebastian Bach ze Skid Row.

Przebój „Jet City Woman”, trzecia piosenka na płycie „Empire”, opowiada o powrotach do domu po długiej nieobecności i tęsknocie tych, którzy na ten powrót oczekują. Inspiracją do napisania tekstu piosenki była dla Tate’a jego pierwsza żona, która pracowała jako stewardesa i wiecznie nie było jej w domu, a „Jet City” to po prostu określenie, jakie mieszkańcy Seattle nadali swemu miastu. Utwór ten jest do dziś tak popularny, że znalazł się nawet na jednej z edycji gry „Guitar Hero” na konsole.

Pierwszym spokojniejszym utworem na płycie jest „Della Brown”, w którym w fantastyczny sposób pokazuje się Chris DeGarmo ze swoimi solówkami. Utwór jest wręcz leniwy w swym brzmieniu, ale wprowadza po raz pierwszy specyficzny klimat na płycie, przy którym świetnie się „odpływa”. Idealny do słuchania w deszczowe wieczory, a ja prezentuję go w trochę krótszej (oryginał trwa ponad 7 minut) wersji unplugged.

Następne dwa kawałki na płycie zostały wydane jako single i zaszły wysoko na listach przebojów. „Another Rainy Night” to świetny gitarowy, przebojowy utwór opowiadający o beznadziei samotności i tęsknocie za utraconą miłością, a podany jest w typowo rockowym brzmieniu.

Z kolei tytułowy „Empire” to jeden z wielu tekstów zaangażowanych społecznie, jakich Tate pisał na płyty Queensryche sporo. Zresztą akurat teksty zawsze były bardzo mocną stroną twórczości kapeli. Tym razem tematem przewodnim piosenki jest handel narkotykami i idące za tym przestępstwa w amerykańskim społeczeństwie.

Lecz to, co jest prawdziwym rarytasem na tym albumie, to dwie przecudowne ballady. Można chyba śmiało powiedzieć, że to dwa klejnoty w koronie, jaką jest cała płyta „Empire”. Pierwszą z tych kompozycji jest „Silent Lucidity”, cudowna kołysanka nagrana razem z orkiestrą symfoniczną pod dyrekcją Michaela Kamena. Motywami przewodnimi są gitara akustyczna w pierwszej i instrumenty smyczkowe w drugiej części utworu. Nagranie to stało się wielkim przebojem, zebrało mnóstwo nagród i świetnie radziło sobie na listach przebojów, a dziś uznawane jest w każdym możliwym zestawieniu i rankingu za jedną z najpiękniejszych ballad rockowych wszech czasów. Dla mnie numer ponadczasowy! Prawie sześć minut muzycznego orgazmu!

Jeśli „Silent Lucidity” jest piosenką wręcz doskonałą, to naprawdę kompletnie brak mi słów podziwu dla zamykającej całą płytę ballady „Anybody Listening?”. Powiedzieć o tym utworze, że to kompozycja absolutnie perfekcyjna to mało. Jeśli miałbym wskazać największy minus na „Empire”, to jest to fakt, że utwór ten trwa tylko niecałe 7 minut, bo powinien przynajmniej dwa razy tyle. W dodatku w wersji do teledysku został jeszcze skrócony o prawie 2 minuty! Według mnie „Anybody Listening?” to genialne zamknięcie całości, jaką tworzy ten album. Głos Geoffa Tate’a jest momentami tak przejmujący, że aż na skórze pojawiają się ciarki. Świetne „narastanie” kolejnych gitarowych rifów i wstawek, poprowadzenie dramatyzmu całego numeru, cudowne solówki, aż wreszcie niesamowita końcówka… Powiem tylko WOW!!!

Reasumując – album „Empire” uważam za doskonały. Gdyby ktoś kiedyś zapytał mnie jak najszybciej zakochać się w muzyce rockowej, hardrockowej czy nawet metalowej, to poleciłbym mu właśnie ten album, jako bardzo melodyjny, urozmaicony pod względem muzycznym, pokazujący doskonale, jak piękna może być muzyka oparta na gitarach i świetnym wokalu. Jedynym słabszym punktem jest chyba tylko okładka płyty, która jest według mnie dość nieudana i niewiele mówiąca. Do dnia dzisiejszego jest to jeden z najczęściej słuchanych przeze mnie albumów i choć Queensryche już nigdy nie osiągnął w swej twórczości takiej perfekcji jak tutaj (głównie dlatego, że Chris DeGarmo odszedł z zespołu i zajął się… pilotowaniem samolotów), to darzę ten zespół olbrzymim sentymentem.

Już wkrótce zapraszam na drugi z 10 albumów!

Geoff Tate

Redaktor naczelny Pokertexas.net, dinozaur polskiego pokera, fan trash talkingu i 53 w drzewkach