Przy szklaneczce JD odc. 38 – Misja wciąż trwa

1
787

Dwa lata temu otrzymałem jeden z najważniejszych telefonów w moim życiu. Okazało się, że dzięki niemu dostałem propozycję objęcia stanowiska redaktora naczelnego Pokertexas, największego portalu pokerowego w Polsce, który jednak od wielu miesięcy ulegał powolnemu rozkładowi…

O kulisach objęcia przeze mnie stołka po „odwiecznym” naczelnym Pokertexas, moim serdecznym druhu Pawciu, pisałem na łamach naszego portalu już kilka razy. Upadająca strona potrzebowała wówczas świeżej krwi, bo z powodu jednostronnego zerwania umowy affiliackiej przez PokerStars skończyły się również źródła finansowania pracy portalu.

W swoim krótkim oświadczeniu na samym starcie pisałem wówczas tak:

No i znowu na Pokertexas! Można stąd odchodzić, można mieć różne inne pomysły, można brać udział w wielu innych projektach, a i tak człowiek tu w końcu wraca. I się cieszy! Przypominam w pewnym sensie takiego imigranta (ot, skojarzenie zgodne z popularnym ostatnio w mediach tematem), który szuka swego szczęścia w różnych zakątkach świata, aby w końcu i tak wylądować na swoich starych śmieciach zadowolony, że jego tułaczka znowu się skończyła.

Wracam na Pokertexas w ciężkim dla portalu okresie. Ostatnie zawirowania spowodowały niewątpliwie spadek zainteresowania stroną ze strony Czytelników, ale nie można się temu dziwić, jeśli działo się tu niewiele. Mimo wszystko wciąż uważam, że to portal z potężnym potencjałem, z możliwościami rozwoju, z opcjami na przyszłość. Czas na wprowadzenie nowych rozwiązań i projektów, które ponownie ściągną polskich pokerzystów i amatorów pokera do nas. Serce mi pękało, gdy przez ostatnie miesiące widziałem powolny upadek tego kultowego dla wielu osób miejsca w sieci, więc zbyt długo się nie zastanawiałem, gdy nagle pojawiła się propozycja poprowadzenia Pokertexas po swojemu, z nowymi siłami, z nowymi pomysłami, z nową motywacją.

Hasło tego portalu brzmi „Pokertexas – zmieniamy oblicze pokera”. Moim hasłem na najbliższe miesiące powinno być w takim razie „Jack Daniels – zmieniam oblicze Pokertexas”. Brzmi dumnie, hucznie, wręcz arogancko i butnie, ale taka misja została przede mną postawiona i zamierzam się z niej wywiązać. Jeden z moich absolutnie ulubionych cytatów filmowych to ten z „Imperium kontratakuje”, gdy mistrz Yoda poucza młodego Skywalkera: „Try not! Do or do not! There is no try!”. Ja nie zamierzam więc próbować, będę robić. Czy coś z tego wyjdzie to już inna bajka, ale mam nadzieję, że moje kolejne podejście na Pokertexas zakończy się sukcesem. Zarówno tego portalu, jak i przy okazji moim.

Do dzisiaj zgadzam się z każdym napisanym wtedy słowem. Nie było to łatwe zadanie, ale nie podejrzewałem też, że Czytelnicy okażą wówczas tak duże wsparcie dla powstającego z kolan Pokertexas. Nawet nie zdajecie sobie sprawy, jaką dwa lata temu sprawiały mi radość i frajdę nadchodzące z każdej strony słowa otuchy, wsparcia i zachęty od strony zarówno moich pokerowych znajomych, jak i zupełnie obcych ludzi, którzy zwyczajnie kibicowali mi na starcie nowej misji. To głównie dzięki nim zadanie to, choć początkowo ciężkie, stało się wręcz przyjemne.

Wracając z otchłani

Kilka dni po starcie strony, gdy już pierwsze oznaki powrotu Pokertexas na dobre tory były wyraźnie widoczne, napisałem tekst pod tytułem „Sztuka reanimacji”. Swego rodzaju parabolą nakreśliłem wówczas sytuację w której się znalazłem – oto leżał przede mną pacjent w stanie agonalnym, którego ja miałem za zadanie ponownie postawić na nogi i przywrócić do życia. Pisałem tam m.in. takie słowa:

Praca ratownika medycznego jest z pewnością jedynym z najcięższych zawodów, jakie można sobie wyobrazić. Na barkach człowieka wykonującego obowiązki takiego ratownika spada tak nieprawdopodobna odpowiedzialność, że ludzie ci muszą być chyba z żelaza, żeby dać sobie z nią radę. Dlaczego? Wyobraźcie sobie – każda udana akcja ratunkowa traktowana jest jako coś normalnego, w końcu ten człowiek po to się znalazł w danym miejscu i czasie, żeby wykonać czynności, do których został wezwany. Zapewne jakaś wdzięczność uratowanego osładza im w pewien sposób ciężką pracę, daje satysfakcję i motywację do dalszej pracy. Ale co się dzieje, gdy taka akcja ratunkowa się nie udaje? Kto jest winny? Na kogo zrzuca się całą odpowiedzialność? Czasami tłumaczenia, że przybyło się na miejsce za późno, że wezwanie nadeszło w chwili, gdy już ratunek był niemożliwy jeszcze tylko pogarszają sytuację.

Czemu o tym piszę? Właśnie znalazłem się w sytuacji takiego ratownika i mam do uratowania pacjenta. Pacjent nie jest po wypadku, nie jest też ciężko ranny, po prostu dość długo leżał złożony chorobą, która powoli atakowała go coraz mocniej i mocniej, a lekarze dyżurni orzekli, że wiele się nie da zrobić i nie podawali nawet witamin. „Trzeba czekać” – taka była najczęstsza diagnoza. „Na NFZ to my tu nic nie zrobimy” – dodał inny lekarz. Problem w tym, że nad łóżkiem chorego stał tłum ludzi, bo zebrała się cała rodzina, żeby oglądać ostatnie chwile chorego. I jak to w rodzinie – jedni modlili się o zdrowie pacjenta, a inni czekali na rychły zgon, żeby mogli się napić wódki na stypie. Jeszcze inni siedzieli w szpitalnej poczekalni i czekali na rozwój sytuacji.

W końcu ktoś krzyknął: „Dość tego! Sprowadźmy innego lekarza! Ratujmy go! Może nie jest jeszcze za późno!”. I wówczas zadzwoniono do mnie. Puls pacjenta był już ledwo wyczuwalny, skóra miała kolor bladoszary, a ja musiałem na szybko coś wykombinować, bo nigdy w życiu nie ratowałem nikomu życia. Owszem, podawałem przez ostatnie lata różne pigułki, przepisałem jedną czy dwie recepty, kazałem czasem zaparzyć ziółka lub nawet zrobić lewatywę, ale nie ratowałem pacjenta będącego jedną nogą na tamtym świecie. Kilka osób z rodziny krzyknęło spod ściany „Ej, to nie lekarz, to znachor!”. Inny stwierdził wręcz: „Zawołali grabarza, a nam potrzebny tu cudotwórca!”. A ja stanąłem nad łóżkiem i musiałem zacząć działać.

Pierwsze co przychodzi do głowy niedoświadczonemu ratownikowi to defibrylator. Wstrząsnąć raz, mocno, ale skutecznie. Jak nie pomoże – poprawić podkręcając trochę potencjometrem napięcie. Potem podłączyć kroplówkę i pompować w pacjenta wszystko, co mu tylko potrzebne do życia, od witamin począwszy, a na glukozie i elektrolitach kończąc. Okazało się, że to wystarczyło, żeby pacjent otworzył oczy i rozejrzał się po sali. Ci, którzy mu dobrze życzyli od razu zaczęli mu mówić, że wszystko będzie dobrze, że się ułoży i wróci do zdrowia, szczęśliwi, że ich modły zostały wysłuchane. Kilku szybko opuściło szpitalną salę, wkurzeni faktem, że ze spadku nici i nic im się nie dostanie. Parę osób zajrzało przez uchylone drzwi przechodząc z poczekalni do wyjścia.

Pacjent ożył, powoli wraca do zdrowia, ma się z każdym dniem coraz lepiej. Do pełni zdrowia na pewno mu daleko, bo i choroba dość mocno spustoszyła jego organizm. Na pewno będzie musiał zmienić diametralnie tryb życia, rozpocząć dietę, ćwiczenia, rzucić nałogi. Nad tym wszystkim mam czuwać ja. Tym razem już nie jako ratownik, a bardziej rehabilitant. Czasem jako pielęgniarz. Być może kiedyś okaże się, że zdrowie wróciło całkowicie i potrzebne będą tylko raz na jakiś czas wizyty kontrolne, ale póki co kroplówka wciąż jest podłączona, tętno mierzone systematycznie, podawane są silne leki, jedynie respirator można było odłączyć, bo pacjent zaczął oddychać samodzielnie.

Nie ratowałem nigdy komuś życia. Ale wiem za to, że to niefajnie, gdy ktoś z rodziny niespodziewanie odchodzi pozostawiając bliskich i dalszych krewnych w smutku i rozpaczy. Choćby dla tej rodziny warto było podjąć się zadania. Może kiedyś ktoś podejdzie, poklepie po plecach i powie „Dobra robota, doktorze!”. Gorzej będzie, gdy pacjent nieoczekiwanie znowu zapadnie w śpiączkę. Wówczas wina spadnie oczywiście na barki ratownika…

Pacjent ma się dobrze

Dziś mogę z całą odpowiedzialnością za słowa powiedzieć, że pacjent rzeczywiście dawno zapomniał o swoim ciężkim stanie. Pokertexas ma się dobrze, a nawet bardzo dobrze. Przy jego rozwoju pracuje tak duża grupa ludzi, jakiej nie widziano tu nigdy wcześniej. Ściągnąłem do pracy praktycznie wszystkich, których chciałem u siebie mieć. Oczywiście – z różnych powodów – następowały po drodze różne korekty w składzie osobowym (odszedł choćby Pawcio, który postanowił iść nową drogą w życiu), ale miejsca jednych zajmowane było natychmiast przez innych, którzy spisują się równie doskonale. Redakcja odwala ogromną robotę. Choć ja potrafię się na nich wkurzać po 20-30 razy dziennie, to zdaję sobie sprawę z ogromu wysiłku, jaki włożyli przez te dwa lata w reaktywację, rozwój i codzienną pracę portalu. Ale nie tylko oni! Pojawił się Ace Bestini, moim zdaniem najlepsze pokerowe pióro w Polsce. Wrócił legendarny Fizoloff. Ponownie współpracuje z nami Warsaw. Przez stronę przewinęli się fantastyczni blogerzy. Wszystkim im po kolei i każdemu z osobna mogę tylko dziękować, że zdecydowali się na pracę ze mną.

Za jedno z największych osiągnięć ostatnich dwóch lat uważam stworzenie nowej odsłony Pokertexas i wejście w ten sposób w XXI wiek pełną gębą. Poprzedni system, na którym do tej pory stał portal, pamiętał jeszcze pewnie Gomułkę i Gierka i był fatalny w obsłudze, męczyliśmy się wszyscy przeokrutnie. Teraz od maja Pokertexas ma nową twarz w sieci. Musieliśmy (lub chcieliśmy) zrezygnować co prawda z kilku funkcjonalności i opcji na stronie (inna forma komentowania, zamknięcie martwego forum, tymczasowe zakończenie pisania blogów przez Czytelników), ale coś za coś. Kosmiczna praca, jaką trzeba było włożyć w uruchomienie nowej strony z pewnością się opłaciła i wyszła nam na dobre.

Pokertexas strona główna

Co dalej?

Wciąż zdaję sobie sprawę z tego, że stać nas na więcej. Mnie stać na więcej! Mnóstwo rzeczy chciałbym jeszcze zrobić na Pokertexas, ale często na drodze stają mi albo czynniki, na które nie mam wpływu, albo po prostu zwyczajny brak czasu, żeby się tym zająć. Praca na Pokertexas trwa bowiem non stop, nie ma czasu na odpuszczanie sobie czegokolwiek. Nawet na urlopie siedzę zawsze z telefonem w ręku lub laptopem pod pachą, aby wciąż koordynować działanie portalu. Dziś nie potrafię sobie wyobrazić bez tego dnia, choć są przypadki, gdy jestem już tam zmęczony lub zestresowany, że nie wiem jak się nazywam, a całą robotę mam ochotę na długie tygodnie rzucić w kąt. Takie stany mijają mi jednak dość szybko.

Pokertexas to obecnie zdecydowanie numer 1 na rynku portali pokerowych w Polsce. Nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Ale jest tak dlatego, że jesteście tutaj Wy, Czytelnicy. To dla Was jest wykonywana ta ogromna praca, to dla Was wprowadzane są w życie kolejne pomysły, to Was bombardujemy wciąż kolejnymi promocjami, to o Waszą atencję i zainteresowanie zabiegamy każdego dnia od nowa. Bez Was żadnego sukcesu by nie było. Wiem doskonale, że mnóstwo osób życzy nam (i mi jednocześnie) jak najlepiej. Dostaję ciągle informacje w stylu „Nie wyobrażam sobie początku dnia, bez porannej kawy i lektury Pokertexas”, a piszą tak do mnie najlepsi, najbardziej znani gracze w Polsce. To mnie buduje podwójnie, a nawet potrójnie, bo są to osoby, z którymi się znam, lubię, ale wiem, że zawsze powiedzą mi prawdę wprost i między oczy, więc krytykę z ich strony też czasem muszę przyjąć. Na szczęście rzadko…

Droga do perfekcji

Nawet nie wiecie, jaka to przyjemność mówić o sobie „redaktor naczelny Pokertexas, najstarszego i największego portalu pokerowego w Polsce”. Dla mnie, osoby emocjonalnie związanej z tym miejscem od samych początków jego powstawania, osoby kibicującej bardzo mocno Pawciowi na starcie tego projektu, wieloletniego blogera, być może nawet w pewnym niewielkim zakresie współtwórcy sukcesu tego portalu w jego wczesnych latach, to coś niewyobrażalnie satysfakcjonującego. Może dlatego wymagam tak wiele od wszystkich osób, z którymi na co dzień pracuję – bo chcę tu perfekcji, absolutnego zaangażowania, dążenia do jeszcze większych celów. Nie jestem „łatwym” szefem i wiem o tym doskonale. Opieprzyć umiem za minimalne przewiny, a chwalić zbytnio nie lubię, bo według mnie dobrze – czy nawet doskonale – wykonana praca, to powinna być norma dla każdego, kto pracuje na Pokertexas. Nic nie zrobię, tak już mam, a za stary jestem, żeby się jakoś diametralnie zmieniać. Ale również uczę się wciąż tej pracy, każdego dnia wyciągając coś nowego dla siebie. Uczę też pracy moją młodą ekipę i mam nadzieję, że efekty tej nauki widać na stronie każdego dnia.

Pokertexas za miesiąc obchodził będzie swoje dziesiąte urodziny. To już trzecia taka sytuacja za mojej kadencji. Z tej okazji oczywiście przyjdzie na pewno pora na kolejne podsumowania, kartki z kalendarza i wspomnienia. Ale nie możemy się oglądać za siebie, bo najważniejsze zadania są dopiero przed nami. Portal musi wciąż się rozwijać, a moim zadaniem jest tego dopilnowanie. Mam nadzieję, że moja dotychczasowa praca została przez Was zauważona i doceniona, a w przyszłości obiecuję, że będzie tylko lepiej.

Pokerowe książki

Redaktor naczelny Pokertexas.net, dinozaur polskiego pokera, fan trash talkingu i 53 w drzewkach

1 KOMENTARZ

Comments are closed.