Przy szklaneczce JD odc. 28 – Poszedłem na emeryturę, zanim to było modne

Czy pokerzysta może iść na emeryturę? Stwierdzenie tego typu jest dość dziwne, bo jak może zostać emerytem ktoś, kto tak naprawdę nie pracuje? Oczywiście, poker może być pracą, zawodem, źródłem utrzymania, ale wszyscy wiemy doskonale, że nie jest to praca pięć dni w tygodniu po osiem godzin.

Osobiście uważam, że gra w pokera to nie do końca praca. To raczej styl życia, na jaki decydujemy się w związku z naszą pasją, jaką jest gra w tę grę. Takie „przyjemne z pożytecznym” – robimy to, co kochamy, a przy okazji zarabiamy na tym pieniądze (no dobra, lub je przegrywamy, ale rozpatruję wariant optymistyczny). Myślę, że prędzej można pokerzystę określić jako freelancera – robi co chce, kiedy chce, jak chce. Nikt nie ma obowiązku grać sesji online, nikt nikomu nie każe jechać na turniej na drugi koniec Europy, nie ma obowiązków, nakazów. Wolne życie, a w nim poker.

Właśnie dlatego tak wiele osób decyduje się na takie rozwiązanie i taki styl życia. Wolność! Pamiętam moment, w którym sam „przeszedłem na zawodowstwo” (jak głupio to teraz nie brzmi) – pracowałem wówczas w firmie windykacyjnej, a moją szefową została jakaś młoda gówniara, która o tej pracy wiedziała tyle co nic, a ja ze swoim kilkunastoletnim doświadczeniem w tym zawodzie wciąż musiałem jej udowadniać, jak się myli w swych decyzjach. Nie byłem w związku z tym jej ulubieńcem, co pokazywała na każdym kroku. Ja z kolei walczyłem już od jakiegoś czasu z powodzeniem na stołach pokerowych w kasynie w Hyatcie i któregoś dnia miarka się przebrała, pieprznąłem wypowiedzeniem na stół i więcej się w pracy nie pojawiłem. Postanowiłem żyć z gry w pokera. Najmniej szczęśliwa była wtedy moja żona, bo przecież traciłem regularną (i bardzo dobrą) pensję, a poświęcałem się czemuś, co nie było sprawą pewną, bo nikt wygranych nikomu w tej grze nigdy nie zagwarantuje. Ale ja wreszcie nie miałem nikogo nad głową, sam sobie byłem sterem, żeglarzem i okrętem. I pokochałem to natychmiast!

Przez wiele lat słuchałem komentarzy pod swoim adresem (głównie pod moim blogiem), jakim to nie jestem donkiem, dawcą, słabym graczem i tego typu torbiarzem. Oczywiście wtedy mnie to bolało, bo nie uważałem się za jakiegoś ultra słabego gracza i starałem się za wszelką cenę pokazać wszystkim, że grać w pokera jednak potrafię. Umówmy się jednak, że poziom pokera w tamtym czasie nie był u nas w kraju zbyt wysoki, więc i wygrywanie pieniędzy w kasynach w Hyatcie czy Hiltonie nie było specjalnie trudne. Prawdziwe pokerowe umiejętności Polaków dramatycznie obnażały jednak nasze występy na turniejach międzynarodowych, jak choćby EPT czy Unibet Open, gdzie wszyscy dostawaliśmy regularne baty. Tak, wszyscy. Nie tylko ja, wszyscy. Dopiero po kilku latach walk nasi gracze zaczęli odnosić pierwsze sukcesy za granicą i były to tak sensacyjne przypadki, że pisało się o nich wielkimi literami i grubą czcionką na pokerowych portalach. Dobrym graczem nie był więc ten, który tam wygrywał, tylko taki, który w ogóle tam wystartował.

Na naszym podwórku dało się jednak z gry żyć, na dodatek żyć całkiem godnie. Od momentu, gdy rzuciłem pracę na początku 2007 roku aż do końca 2011 roku żyłem z pokera. Grałem w zasadzie codziennie i choć zdarzały się okresy bolesnych downswingów, to jednak miałem co włożyć do przysłowiowego gara, na grę, na wyjazdy. Czasem w słabszych chwilach trzeba było pożyczyć parę złotych „na ruchy”, ale generalnie pieniądze z tego były, na dodatek niezłe. Pule w turniejach w Warszawie były naprawdę zacne, bo wtedy normalną rzeczą był cotygodniowy turniej za 880 zł czy festiwale z Main Eventami po 2-3 tysiące złotych wpisowego. Wystarczyło tylko coś z tego wygrać.

Oczywiście sporo zmieniło wejście ustawy hazardowej w 2010 roku. Najpierw totalna kasacja gier w kasynach na kilka miesięcy, potem pojawienie się turniejów z kosmicznym podatkiem od wygranych, brak cash games… Trzeba było więc jeździć, aby dalej grać. Prawie dwa lata spędziłem więc praktycznie poza domem oraz grając online. W grudniu 2011 roku coś we mnie jednak pękło… Po sromotnych batach na Unibet Open w Rydze praktycznie z dnia na dzień podjąłem decyzję o odejściu z pokera. Miałem dosyć wyjazdów, hoteli, podróży, atmosfery, środowiska, ludzi. Miałem dość pokera!

Kod do rejestracji: POKERTEXAS

Dlatego wcale nie dziwią mnie teraz pojawiające się coraz częściej informacje o „pokerowych emeryturach” kolejnych graczy, nawet tych, ze światowej czołówki. Holz, Coimbra, Kyllonen to tylko ci z ostatnich tygodni. A przecież i na naszym podwórku zniknęło sporo graczy, o których jeszcze niedawno było głośno i wszyscy mówili o ich sukcesach.

Czym spowodowane są te odejścia od pokerowych stołów? Z własnego doświadczenia wiem, że powody mogą być właśnie takie, jakimi kierowałem się ja. Przesyt. Gdy człowiek spędza 90% swojego życia przy pokerowym stole, w podróżach, w hotelach, to w pewnym momencie – choć brzmi to nawet trochę absurdalnie – ma ochotę po prostu posiedzieć w domu i zostawić to wszystko za sobą. Głównie wtedy, gdy w tym domu czeka rodzina. Dzięki pokerowi zwiedziłem prawie całą Europę i już nawet nie kręciło mnie wtedy, żeby wyjechać w kolejne piękne miejsce, do kolejnego pięknego hotelu, aby zagrać w kolejnym fantastycznym kasynie. Zdecydowałem się na „pokerową emeryturę”, gdy nikt o takim rozwiązaniu nawet wtedy nie myślał. Wkrótce potem zająłem się swoim wydawnictwem i na dłuższy czas kompletnie zapomniałem o pokerze.

Oczywiście na moją decyzję wpłynęła również mocno ustawa i fakt, że po prostu w kasynie nie dało się już normalnie zarabiać. Podatek zabrał nam możliwość życia z gry, brak cash games nas dobił, nie było czego zbierać. Gdy po dwóch latach wróciłem do – już amatorskiego – grania widziałem wszystko świeżym wzrokiem, patrzyłem na pokerowe środowisko już zupełnie inaczej, niż w czasach, gdy sam codziennie grałem. W ten sposób patrzę chyba na nie do dzisiaj. Widzę graczy, którzy na siłę starają się wygrać w long runie w kasynie w Warszawie, co jest praktycznie niemożliwe, bo codziennie 25% puli nagród idzie praktycznie do śmieci. Oczywiście, można wygrać turniej czy nawet kilka i być przez chwilę na plusie, ale wariancja i tak zadba o to, żeby nie potrwało to zbyt długo.

Czy pokerzysta może iść więc na emeryturę? Jak widać może. Można po prostu zrezygnować z takiego życia na rzecz innego, zupełnie odmiennego, dla wielu nawet do tej pory nieznanego. Jasną sprawą jest, że najłatwiej zrobić to w chwili chwały i glorii, z milionami dolarów na koncie, jak zrobił to Fedor Holz (choć ta jego emerytura to dla mnie abstrakcja – za dobry jest, by z tego zrezygnować). Trudniej jest jednak powiedzieć sobie „dość”, gdy po prostu przed samym sobą należy przyznać się do porażki. Uświadomić sobie, że poker nie jest i nie będzie tym, o czym się marzyło. Nie przyniesie nam milionów dolarów na konto, nie zostaniemy graczem światowej czołówki, a na największych pokerowych festiwalach nie będziemy gwiazdą pierwszej wielkości. Trzeba przełknąć tę bardzo gorzką pigułkę i zdać sobie sprawę z własnych słabości i niedoskonałości.

O tak, to jest cholernie trudne, gwarantuję Wam. Wiem, bo to przerobiłem. Ale wiecie co w tym wszystkim było najcięższe? To, że musiałem sam sobie uświadomić, że nigdy do pokera nie przyłożyłem się jak do prawdziwej pracy. Musiałem sam sobie wmówić, że poker wymaga poświęceń, na które mnie po prostu nie stać lub są nie dla mnie. I na całe szczęście uświadomiłem to sobie w najlepszym momencie. Teraz jako emerytowany gracz mogę z czystym sercem pisać o innych jako wciąż aktywny zawodowo pokerowy dziennikarz.

 

Kod do rejestracji: POKERTEXAS