Każda podróż ma swój koniec…

2
1528

Po czterech latach pracy na stanowisku redaktora naczelnego Pokertexas z końcem sierpnia kończy się moja przygoda z tym portalem. Dziś więc kilka słów na pożegnanie…

We wrześniu 2015 roku dostałem propozycję objęcia stanowiska redaktora naczelnego Pokertexas. Była to dla mnie wielka nobilitacja i niewątpliwie docenienie mojej dziennikarskiej pracy, którą w różnym stopniu do tej pory wykonywałem pisząc to tu, to tam o pokerze. Nie ukrywam, że przez lata marzyłem o takiej pracy, ale przecież „od zawsze” redaktorem naczelnym Pokertexas był jego współzałożyciel Paweł „Pawcio” Majewski i to on był mózgiem całej tej operacji, a ja chętnie wspierałem go czasem na portalu.

Przyszły jednak zmiany i praca przypadła w udziale mi. Sytuacja nie była wówczas najciekawsza, bo od kilku miesięcy portal jedynie wegetował, nie działo się na nim zbyt wiele, a ja miałem za zadanie postawić go na nogi. W swoim pierwszym tekście pisałem wówczas tak:

Praca ratownika medycznego jest z pewnością jednym z najcięższych zawodów, jakie można sobie wyobrazić. Na barkach człowieka wykonującego obowiązki takiego ratownika spada tak nieprawdopodobna odpowiedzialność, że ludzie ci muszą być chyba z żelaza, żeby dać sobie z nią radę. Dlaczego? Wyobraźcie sobie – każda udana akcja ratunkowa traktowana jest jako coś normalnego, w końcu ten człowiek po to się znalazł w danym miejscu i czasie, żeby wykonać czynności, do których został wezwany. Zapewne jakaś wdzięczność uratowanego osładza im w pewien sposób ciężką pracę, daje satysfakcję i motywację do dalszej pracy. Ale co się dzieje, gdy taka akcja ratunkowa się nie udaje? Kto jest winny? Na kogo zrzuca się całą odpowiedzialność? Czasami tłumaczenia, że przybyło się na miejsce za późno, że wezwanie nadeszło w chwili, gdy ratunek był już niemożliwy jeszcze tylko pogarszają sytuację.

Czemu o tym piszę? Właśnie znalazłem się w sytuacji takiego ratownika i mam do uratowania pacjenta. Pacjent nie jest po wypadku, nie jest też ciężko ranny, po prostu dość długo leżał złożony chorobą, która powoli atakowała go coraz mocniej i mocniej, a lekarze dyżurni orzekli, że wiele się nie da zrobić i nie podawali nawet witamin. „Trzeba czekać” – taka była najczęstsza diagnoza. „Na NFZ to my tu nic nie zrobimy” – dodał inny lekarz. Problem w tym, że nad łóżkiem chorego stał tłum ludzi, bo zebrała się cała rodzina, żeby oglądać ostatnie chwile chorego. I jak to w rodzinie – jedni modlili się o zdrowie pacjenta, a inni czekali na rychły zgon, żeby mogli się napić wódki na stypie. Jeszcze inni siedzieli w szpitalnej poczekalni i czekali na rozwój sytuacji.

W końcu ktoś krzyknął: „Dość tego! Sprowadźmy innego lekarza! Ratujmy go! Może nie jest jeszcze za późno!”. I wówczas zadzwoniono do mnie. Puls pacjenta był już ledwo wyczuwalny, skóra miała kolor bladoszary, a ja musiałem na szybko coś wykombinować, bo nigdy w życiu nie ratowałem nikomu życia. Owszem, podawałem przez ostatnie lata różne pigułki, przepisałem jedną czy dwie recepty, kazałem czasem zaparzyć ziółka lub nawet zrobić lewatywę, ale nie ratowałem pacjenta będącego jedną nogą na tamtym świecie. Kilka osób z rodziny krzyknęło spod ściany „Ej, to nie lekarz, to znachor!”. Inny stwierdził wręcz: „Zawołali grabarza, a nam potrzebny tu cudotwórca!”. A ja stanąłem nad łóżkiem i musiałem zacząć działać.

Przez te cztery lata działo się wiele i mam nadzieję, że uznacie moją misję ratowania portalu za udaną. Możecie mi wierzyć lub nie, ale nie było łatwo, bo co i rusz ktoś rzuca polskiemu pokerowi – a więc również ludziom o nim piszącym – kłody pod nogi. Trzeba było walczyć, trzeba było – mówiąc po piłkarsku – gryźć trawę, aby wszystko szło tak, jak trzeba. Starałem się jak mogłem, a wraz ze mną szereg osób, które się w tych latach przez tę redakcję przewinęły. Sukces nie zależał bowiem jedynie ode mnie, a również od wszystkich tych osób, których teksty na co dzień czytaliście na PT.

A ja łatwym w obejściu szefem nie byłem i nie jestem. Znam siebie, znam swój choleryczny charakter, a przede wszystkim wiem, ile wymagam. A nie wymagam mało, bo uważam, że jak się za coś brać, to na całego, na poważnie. Nie biorę jeńców w pracy – albo będzie po mojemu, albo lepiej, żeby w ogóle nie było. I ci ludzie musieli to znosić, taka prawda… Wszystkim moim koleżankom i kolegom z redakcji w tym miejscu chciałem bardzo gorąco podziękować za współpracę – co złego, to nie ja. Mam też jednak wrażenie, że przez te lata mimo wszystko nauczyłem się jednak trochę pokorniej podchodzić do tematu, chyba się też trochę zestarzałem i uspokoiłem, może spadło mi też trochę ciśnienie.

Dziś kończę moją podróż. Jeśli myślicie, że decyzja o odejściu była łatwa, to wyprowadzę Was szybko z błędu – nie, nie była. Jestem bardzo mocno związany emocjonalnie z Pokertexas, bo z różnymi przerwami siedzę tu już od 2007 roku. Ale ja już jestem takim niespokojnym duchem i zbyt długo w jednym miejscu usiedzieć nie potrafię. Cztery lata spędzone w Pokertexas to w moim 46-letnim życiu najdłuższy okres spędzony w jednym miejscu pracy. Powiedziałbym nawet, że to mój mocno wyśrubowany rekord. Potrzebuję nowych wyzwań, nowych wrażeń, nowej adrenaliny. Kocham pokera, jak pewnie niewiele osób w tym kraju i nie wyobrażam sobie, żebym mógł się go pozbyć ze swojego życia. Poza tym… jak nie ja, to kto?

Zostawiam Pokertexas jako redaktor naczelny, ale mam nadzieję, że w tej czy w innej formie jeszcze się tu czasem pojawię. Życzę całej redakcji wszystkiego najlepszego pod sterami nowego kapitana (jeśli się taki pojawi)! Moją misję uważam za zakończoną.

Żegnam się z Wami i do zobaczenia gdzieś, kiedyś na pokerowym szlaku!

Dziękujemy Ci, Jacku!

Redaktor naczelny Pokertexas.net, dinozaur polskiego pokera, fan trash talkingu i 53 w drzewkach