Face to face with The Ace: Pokerowa emerytura – znak czasów czy bicie piany?

0
Face to Face with Ace

Pius Heinz, Brian Hastings, Fedor Holz, Vanessa Selbst – to tak na szybko, bez posiłkowania się internetową biblioteką. Po napisaniu tego zdania przypomniałem sobie jeszcze dwa nazwiska. Zanim Benedykt XVI nie ustąpił z Piotrowego urzędu, świat zdążył zapomnieć o takiej opcji. Zanim będący na fali dominacji Holz ogłosił karcianemu światu, że kończy z pokerem, nikt nie pomyślał, by głośno deklarować takie decyzje.

Papież Franciszek i każdy z jego następców przez przynajmniej kolejne stulecie w chwili największej trudności rozważy przejście przez furtkę, która w czasach nowożytnych zdawała się nie istnieć. Każdy z rozpoznawalnych pokerzystów, który zdecyduje się na dywersyfikację portfela i rozwój zainteresowań, rozważy skorzystanie z przycisku, który gwarantuje medialne zainteresowanie. I niekoniecznie niesie ze sobą głębsze skutki.

Kiedyś wszystko było jasne – żony były w domach, a za płotem wiadomo kto, jak mawiał kapral Wiaderny. Dostęp do najwyższych stawek i największych umiejętności mieli tylko pokerowi profesjonaliści. Ich oraz amatorów zwykle dzieliła przepaść. Amator nie miał ani czasu (wiek studencki x2 i kupa roboty, by mieć z czym zasiąść do stołu), ani skilla (zero internetu, zero książek). Granica pomiędzy zawodowstwem i grą amatorską była sztywna jak pal Azji. Terminu „semi-pro” brakło w słownikach.

Uczestnicy najlepszych gier dzielili się na „road gamblers”, przyklejonych do kasynowych krzeseł regularsów oraz bogatych pasjonatów pokroju Lyle’a Bermana czy Jaya Heimowitza. To były czasy „przed papieżem Benedyktem” – zawodowcy często nie umieli robić dobrze nic innego, a poszukiwanie alternatywnych rozwiązań nie miało wówczas żadnej wartości. Pokerzyści byli niczym członkowie martinowskiej Nocnej Straży  – przysięgali sobie dożywocie. Jeśli ktoś przestawał pojawiać się w kasynie, oznaczało to, że umarł, obłożnie zachorował albo doszczętnie się spłukał. Pokerowa emerytura? Tego hitu nie grano bardzo długo.

To był oczywiście standard, ale nie twarde prawo. Znaleźli się i tacy, którzy postanowili otworzyć knajpę i spróbować innego życia. Ot, klasyczny przykład pokerowej emerytury. Dlaczego jednak uważa się, że to Fedor Holz był Benedyktem XVI? Przecież on wciąż niemal nie opuszcza żadnego grubszego eventu? Stało się tak wyłącznie dzięki próżnym mediom, a rozkładanie na czynniki pierwsze decyzji podjętej przez Niemca i jego obecnego statusu w świecie pokera ma mniej sensu niż rozpatrywanie „Korony królów” w kategoriach nagród Emmy.

Vanessa Selbst - pokerowa emerytura

Dlaczego gracze czują się w obowiązku deklarować światu, że w przyszłości przy stołach można już ich nie zobaczyć? Z poczucia obowiązku wobec fanów i społecznościowego uniwersum. To zrozumiałe. Najbardziej popularni są dziś produktem i mają powinności względem swej popularności. Jeśli Vanessa Selbst faktycznie w temacie kart wypowiedziała swe ostatnie słowo – bardzo słusznie, że postanowiła oficjalnie się pożegnać.

A Holz? On też nie zrobił nic złego – zarobił sporo pieniędzy i postanowił otworzyć swoją knajpę. A że czasy mamy inne – knajpa stanowi tylko przenośnię, a świat zażądał szczegółów. Niemiec wykonał krok naturalny, zmęczony żmudnym żywotem prosa postanowił odnaleźć świeżość, zarówno w wymiarze pokerowym, jak i tym najpełniejszym. Dziś wciąż sporo gra i sporo wygrywa. Czemu więc wszyscy byli tak zszokowani? Czemu termin „pokerowa emerytura” jest dziś tak gorący?

Bo kochający sensację sztuczny świat potrzebuje mocnych akcentów. „Ty chciałbyś być jak Fedor Holz, a Fedor Holz jest sobą zmęczony”, „Ty jesteś prosem, a Fedor zrezygnował z profesjonalnej gry i wciąż ogrywa najlepszych prosów”. To mocno chwyta. Pokerowa emerytura stała się świetnym nośnikiem. Ale przecież Fedor Holz jej nie wymyślił (chociaż jego przypadek jest wyjątkowy), a czasy wierności Nocnej Straży dawno minęły. Dziś wielu tych, którzy solidnie dorobili się na kartach, kręci różnorakie biznesy, stanowiące ich główne źródło dochodu – od symbolicznych knajp, poprzez nieruchomości czy giełdę, na stajniach stakingowych skończywszy. A jeśli poker nie stanowi twojego głównego źródła dochodu – jaki z ciebie profesjonalista? Według tego klucza Holz jest tylko jednym z wielu.

Czy poza Holzem wszyscy inni ślęczą dwadzieścia godzin tygodniowo nad analizą rozdań? Czy wyznacznikiem tego, czy grasz zawodowo, jest fakt, że nie podbijasz karty za pięć siódma, by osiem godzin później stać w korkach? Nie. Szczerość Fedora Holza wygenerowała tak miałką burzę w mediach, że dziś kolejne deklaracje odkładania kart do pudełka będą brzmiały coraz niepoważniej. Mam nadzieję, że minie choć trochę czasu, nim Vanessa Selbst zatęskni za „starym” – w innym wypadku pokerowa emerytura wpisze się w rodzaj medialnego zjawiska, na temat którego wypowiedziano stokroć słów więcej, niż było warto.

 

Nie twierdzę, iż pisanie jest lepsze od seksu, ale po skończonym artykule idę zapalić i kładę się twarzą do ściany. Niespełniony król rock’n’rolla.