Dzień 1B zapowiadał się raczej nudno. Wszyscy Polacy, którzy
zgodnie z moją wiedzą mieli grać w Barcelonie wystąpili w dniu 1A. Do kasyna udawałem
się więc w nie najlepszym nastroju. Stojąc przed wejściem kończyłem właśnie palić jednego z
pierwszych i jednocześnie ostatnich papierosów w tym dniu, kiedy usłyszałem znajomą mowę. Zwróciłem wzrok w
tamtym kierunku i ujrzałem młodego człowieka rozmawiającego przez telefon. Do tego byłem
pewien, ze gdzieś wcześniej już go widziałem. Ucieszyłem się, myśląc, że będziemy mieli jednak swojego
reprezentanta w dniu 1B. Podszedłem, zapytałem się, czy ma zamiar grać. Okazało się, że moim
rozmówcą był svistack (przepraszam Cię jeżeli Twój nick pisze się inaczej), który od niedawna
pracuje dla Betclica. Do Barcelony nie przyjechał z zamiarem grania, miał pomóc pokerzyście, który
zakwalifikował się na EPT z freerolla rozgrywanego właśnie na Betclicu. Tak czy inaczej Polak miał
w tym dniu zasiąść do stołu. Udało mi się dowiedzieć, że nasz reprezentant ma na imię
Rafał i jest typowym, mało doświadczonym graczem freerollowym. Spodziewałem się więc po nim bardzo
zachowawczej i bojaźliwej gry. Nic bardziej mylnego. Polak oglądał ponad 50% flopów, często
wcześniej podbijając. Jego raisy preflop wynosiły najczęściej 5xBB, można więc wysunąć wniosek, że
albo nie uczęszczał do szkoły pokerowej, albo zwyczajnie zrywał się z lekcji smallballa. Pisząc
relację unikałem oceny jego gry, teraz śmiało mogę napisać, że była ona bardzo słaba, co zresztą
część osób czytających sprawozdanie z Barcelony zauważyła i wyraziła w komentarzach (chodzi mi o tą część,
która zagląda tu, aby dowiedzieć się czegoś o pokerze, a nie komentować mój poziom kultury i poczucie
humoru). Specyfika turniejów pokerowych jest jednak taka, że od czasu do czasu nawet słaby gracz
może mieć swój dzień. Ten dzień należał właśnie do Rafała, który mając masę szczęścia zakwalifikował się
dalej. W tym dniu w kasynie pojawiło się też sporo pokerowych sław. Największe wrażenie zrobili na
mnie Nagreanu i Nguyen. Uśmiechnięci, weseli, cierpliwie pozujący do zdjęć i chętnie wdający się w krótkie
konwersacje z kibicami. Zupełnie inne, chociaż też dobre wrażenie zrobił na mnie Eastgate.
Wyciszony, skromny, nieśmiały, wyglądał jak pokerowy debiutant, a nie mistrz świata.
Kolejny dzień to już walka o wejście do kasy. Z dwóch
Polaków ta sztuka udała się tylko Nessiemu. Rafał pechowo odpadł na 95 miejscu. Kiedy odchodził od stołu
było mi go bardzo szkoda. Być może nie zasłużył na dotrwanie do miejsc płatnych, ale
przecież mogło uśmiechnąć się do niego szczęście. Pokerowi bogowie nie rozpieszczali też tego dnia
Nessiego. Co prawda wszedł on do kasy, jednak gdyby nie trzykrotne podziały puli w sytuacjach kiedy
był on zdecydowanym faworytem dzień 3 zaczynałby jako jeden z chipleaderów. Zamiast tego
pozostała walka ze stackiem zbliżonym do średniego. Zakończyła się ona ok. godziny 17:15 kiedy to Pan
Roman zakończył turniej na 37 miejscu po przegraniu coinflipa. Teraz musi paść kilka słów o
Nessie'm. Jest to średnio doświadczony gracz, który swoimi wynikami zadziwił spora część pokerowej Polski.
Przed wyjazdem do Barcelony nie znałem go i myślałem, ze ma po prostu facet chwilowe szczęście. Po
tych kilku dniach zmieniłem zdanie. Nessie to bardzo inteligentny i sympatyczny człowiek,
grający bardzo solidnego pokera. Do tego ma fantastyczne podejście do tej gry. Moim marzeniem było,
aby wygrał ten turniej – po takim sukcesie następstwem byłyby wywiady w prasie i telewizji, a
jego osoba gwarantowała by nam "polski efekt Moneymakera", czyli po prostu
"efekt Kądzieli". Tym razem się nie udało, ale kto wie co wydarzy się w przyszłości… Nessie – ogromny
szacunek!!!
Kolejne dni bez udziału Polaków to już nie to samo. Emocje dużo
mniejsze, dzień strasznie się dłuży…
Turniej ostatecznie wygrał Carter Phillips, który moim
zdaniem był zdecydowanie najlepszym graczem na final table. Robota zakończona, mogłem wracać do domu. Po powrocie
wiele osób pytało mnie jak mi się podobała Barcelona. Odpowiadałem, że droga z hotelu do
kasyna była średnio interesująca, więcej nie udało mi się zobaczyć…
Unibet Open Praga
Po kilku dniach w Warszawie przyszedł czas na kolejna podróż
– do Pragi. To miała być zupełnie inna relacja, 30 Polaków w turnieju zwiastowało więcej pracy, ale też
ciekawsze wieczory, a raczej noce po pracy. Rano spotkaliśmy się na lotnisku z Serginhem,w tempie
expresowym dolecieliśmy do Pragi, zalogowaliśmy się w hotelu i mogłem ruszać do roboty. Niestety nasi rodacy
odpadali w zastraszającym tempie. Do dalszych gier udało się przejść tylko Electerowi i dpdp.
Po bardzo ciężkim dniu pracy stwierdziłem, że należy mi się coś od życia i udałem się do pokoju Jacka
Danielsa celem opróżnienia części zakupionych na lotnisku napojów o charakterze rozrywkowo – wyskokowym. Z
Rafałem od kilku dobrych miesięcy rozmawiamy na gg, widujemy się też na turniejach w Hiltonie. Nigdy nie miałem
jednak okazji podyskutować z nim dłużej. Tego wieczoru w Pradze spędziliśmy kilka dobrych godzin
debatując o sytuacji pokera w Polsce. Ta rozmowa nie była interesująca. Ona była BARDZO interesująca. Dla
wszystkich czerpiących przyjemność z krytykowania JD mam taką informację. Jeżeli on jest Dodą polskiego pokera to wy
jesteście drugoplanową chórzystką Mandaryny…
Drugi dzień to ponownie 15 Polaków w grze. Tym razem początek mieli znacznie lepszy. Ostatecznie do drugiego dnia zakwalifikowali się Johnninius, Serginho (dzień wcześniej nakreśliłem mu co ma grać) oraz Rafał Arendt (więcej o Rafale napiszę później). W tej grupie nie znalazł się niestety Hokus Donkus znany także jako Honkus Donkus, Hokus Pokus lub też Honkus Dyngus. Wieczorem w kilkuosobowym gronie debatowaliśmy kiedy Honkusowi uda się wreszcie dojść do fazy ante. Jedno jest pewne – portale pokerowe już dziś powinny zacząć się zabijać o serię artykułów jego autorstwa, która ma wkrótce ujrzeć światło dzienne "Strategia rozgrywania wczesnej fazy turniejów pokerowych"…
W kolejnym odcinku dokończę relację z Pragi (niesamowity Rafał Arendt, PMS Kartki) oraz napiszę kilka słów o USOP Kraków.


