Windykacyjne wspominki cz.II

REKORDZISTA

Na mojej ukochanej Pradze nie brakuje świrów. To specyficzna dzielnica, specyficzni ludzie i

specyficzna atmosfera, jakiej nie ma nigdzie indziej w Warszawie. A jednym z osiedli na

Pradze jest mój Targówek. Windykacja na swoim osiedlu ma to do siebie, że co chwila można

spotkać kogoś znajomego, zna się każdy blok i każdą uliczkę. Generalnie trochę siara!

Jednak

z gościem, o którym chcę napisać na szczęście się nie znałem. Z dokumentów wynikało, że

będzie szybko. Dłużnik był taksówkarzem, a ja nie lubiłem dłużników taksówkarzy. Dlaczego?

Ponieważ nie lubię ludzi, którzy nie szanują własnej pracy. Jak można wziąć kredyt na brykę –

jakby nie było narzędzie pracy i potem go nie spłacać? Bryką był co prawda tylko Polonez,

ale zawsze. Sprawa odbyła się szybciutko, gość miał takie zadłużenie, że nawet nie było o

czym z nim gadać. Nie płacił z rok czasu rat, więc natychmiast zabrałem mu samochód i było

pozamiatane. No ale w samochodzie zostały jakieś jego rzeczy, taksometr, kogut z taksówki

i takie tam graty, więc umówiłem się z nim, że następnego dnia po to do mnie wpadnie. I wpadł.

Następnego dnia około południa. Nowym samochodem! Jeszcze w foliach! Z uśmiechem na

ustach przeładował swoje rzeczy do nowego auta i odjechał. Nie na długo!

Minęły może ze

trzy miesiące, zaglądam w nowe zlecenia, a tam nazwisko tego człowieka! Miał pecha

kredyt wziął w banku, z którym również współpracowałem (a miałem takich umów z bankami

naprawdę dużo). Gdy zobaczył mnie ponownie przed swoimi drzwiami był lekko zdziwiony,

ale znał już procedurę i wiedział co ma robić. Ale ku mojemu zdziwieniu, następnego dnia

znowu podjechał nową furą!! No bezczelny! Żeby nie przedłużać i się nie powtarzać, ogólnie

gość nie cieszył się zbyt długo swoimi SZEŚCIOMA kolejnymi samochodami, wpadłem do

niego po każdy, który kupił. Gdzieś przy czwartym otwierał mi drzwi już z kluczykami w ręku

i długopisem w drugiej dłoni, żeby podpisać papiery.

UCIEKINIER

Czasami lubiłem wybrać się też w podróż po samochody w Polskę. Zresztą pracy było tyle, że

ledwo się wyrabialiśmy z obróbką kolejnych zleceń. Któregoś razu los i zlecenia z banku

rzuciły mnie gdzieś na dalekie Kaszuby. Do odbioru był Seat Cordoba, a ja obiecałem akurat

wtedy żonie, że jej kupię taki samochód, więc miałem w tym trochę prywatnego interesu.

Dłużnik mieszkał gdzieś na totalnym zadupiu, wiocha taka, że aż szok. Jak to mówią, do

cywilizacji to ekipa krasnoludków z jego domu szła by z tydzień. W końcu przez jakieś pola i

łąki trafiliśmy na posesję dłużnika. A tam rozwalająca się rudera, obok stodoła w stanie rozkładu

i szopa w jeszcze gorszym stanie. A przed drzwiami chałupy stoi sobie czerwona Cordoba. Tyle,

że cała pootwierana! Co jest, kurde? Walimy w drzwi. Cisza. Zaczynamy oglądać chatę dookoła,

ale wszędzie tylko jakieś krzaki i chwasty same. Nagle widzimy, że w drzwiach nie ma nawet

klamki! O matko, co to za rudera? Staraliśmy się dobić jakoś do drzwi, ale nikt nie otwierał.

Lecz nagle przed dziurkę po klamce widzę jak ktoś się rusza w środku. Wołam gościa, żeby

otworzył drzwi, a ten zaczyna uciekać przez okno z drugiej strony domu! WTF?? Lecimy za

gościem, a ten leży w tych krzakach i nie może się podnieść o własnych siłach! Targamy go za

ręce, a on jest tak nawalony, że ledwo kojarzy! Nie mógł stać na nogach, taki był "zmęczony"!

W końcu, gdy zaczął już coś kumać z tego co się dzieje, facet zaczyna się trzymać za wątrobę

i mówić, że ma chyba zawał. Jednym słowem jakaś chora akcja! Okazało się, że gość w takim

stanie kilka minut przed naszym przyjazdem dojechał tym samochodem od kolegi, z którym

się tak sponiewierał. Wyobrażacie sobie? Gość jechał samochodem przez pola prawie nie widząc

przed sobą drogi, nie umiał się podpisać pod protokołem zajęcia pojazdu! Mocarz! Żonie autko

bardzo się podobało 🙂

PORSCHE LUCJUSZA

Jednym z nieuniknionych elementów pracy w windykacji było wpadanie non stop na dziwnych

ludzi. Jak wam opowiem, że zarówno mnie jak i moich chłopaków z firmy często próbowano

przekupić, żeby nie zabierali auta to uznacie to za swego rodzaju normalną sytuację. Wszak

nasze społeczeństwo zna się na korupcji jak nikt. Jak wam powiem, że panie często proponowały "coś więcej" za możliwość pojechania do pracy znowu samochodem, a nie autobusem, to może

być już mały szok i niedowierzanie, choć takich sytuacji było również wbrew pozorom sporo.

Jak wam opowiem, że jednemu z moich pracowników dłużnik zaproponował kilka godzin z jego

własną córką to powiecie, że to już jest niemożliwe, a jednak taka sytuacja miała miejsce. Co

powiecie jednak na próbę seksualnego przekupstwa ze strony geja?! A było to tak?

Któregoś razu trafił nam się do windykacji prawdziwy "rodzynek". Trzeba było zlokalizować i

odebrać Porsche 911! Mi się od razu banan na ryju pojawił, bo już widziałem siebie za kółkiem

tej bryki, wystarczyło ją tylko wyjąć od dłużnika. Problem polegał na tym, że były jakieś

niejasne sytuacje z adresami dłużnika, młodego gościa, dwudziestokilkuletniego pracownika

bufetu w Teatrze Wielkim w Warszawie. Skąd taki łepek miał kasę i możliwości zakupu takiej

bryki? I jeszcze to imię, Lucjusz. Kto go tak skrzywdził? Udaliśmy się do tego teatru po

drodze obszukując wszystkie parkingi na Placu Teatralnym. Nigdzie jednak nie było żadnego

Porsche. Wpadamy do jednego z bufetów w teatrze i pytamy o Lucjusza. Pani stojąca za ladą

spojrzała się na nas trochę dziwnie, po czym zaprosiła nas na zaplecze i zaczęła się spowiadać.

A historyjka była całkiem ciekawa, otóż Lucjusz tak naprawdę nigdy nie pracował w żadnym

bufecie. Był natomiast "przyjacielem" właściciela tegoż bufetu, który był odmiennej orientacji.

Kod do rejestracji: POKERTEXAS

Swoją drogą, jak się tak człowiek trochę po tym Teatrze Wielkim rozejrzał to tam chyba co

drugi był "inny" i potem przy kolejnych wizytach to do windy wchodziłem już z zaciśniętymi

mocno pośladkami 🙂

Ale wracajmy do tematu. A więc Boguś, tak nazwijmy roboczo szefa

pani zza lady, ostatnio pokłócił się z Lucjuszem, a nasza informatorka podejrzewała, że to on

płacił raty za ten samochód. A więc mieliśmy do czynienia z klasyczną kłótnią kochanków, tyle

że w wersji homo. Najwyższa pora była pogadać z samym Bogusiem. Telefonicznie umówił się

z nami w znanej ze swej "innej" klienteli kawiarni "Pod Kaktusami" w centrum. Wyraźnie był

bardzo zły na Lucjusza (między wierszami dowiedzieliśmy się, że Lucjusz zwyczajnie puścił

go w trąbę bokiem) i sypał go strasznie. Dowiedzieliśmy się gdzie, z kim i kiedy możemy

spotkać jego ex-oblubieńca, więc mieliśmy podstawy do rozpoczęcia poszukiwań samochodu.

Ale Boguś poszedł dalej, potrafił na przykład zadzwonić do mnie o 2 w nocy z informacją, że

Lucjusz ze swoim nowym chłopakiem bawi się właśnie w gejowskim klubie Paradise i może

byśmy teraz tam pojechali i zabrali mu samochód, a w ogóle to najlepiej aresztowali! LOL!

Zemsta zranionego kochanka jest jednak okrutna! Mi tam dwa razy nie trzeba było powtarzać.

Zadzwoniłem po moich chłopaków, zabraliśmy się w samochód i uderzyliśmy pod dyskotekę.

Tam czekał na nas już Boguś z Lucjuszem! Lucek był mocno spięty, od razu zauważyłem,

że coś jest nie halo. No i było, Porsche stało w warsztacie z urwaną przednią osią, bo pan

Lucjusz nie wpadł na to, że ten samochód jest nisko zawieszony i podjeżdżanie nim pod

wysoki krawężnik to nie najlepszy pomysł. Tym bardziej na dużej prędkości. Umówiliśmy się

więc na rano w warsztacie, bo ja i tak musiałem samochód przejąć, nawet w takim stanie.

Gdy następnego dnia spotkałem się z dłużnikiem przy rozbitym Porsche, ten zaczął się do

mnie dostawiać! Tak, tak, już widzę te komentarze pod blogiem po przeczytaniu tego tekstu.

Ale taka była rzeczywistość, chłopak wymyślił sobie, że może uda mu się zatrzymać swoją

bryczkę (którą oczywiście sprezentował mu Boguś) za kilka naszych wspólnych chwil! Brrr!!

Porsche wyjechało na lawecie, a ja niestety miałem jeszcze przez kilka tygodni drgawki na

samo wspomnienie Lucjusza, Bogusia, Teatru Wielkiego i całej tej homo-akcji.

O TYM JAK PODPADŁEM MAFII

Jednak cała ta windykacja to nie tylko śmieszne sytuacje. Czasem było też mało przyjemnie.

Tak jak podczas naszej wyprawy do Wałbrzycha. Pojechaliśmy tam w zasadzie całym naszym

składem, bo do odebrania było 11 ciągników siodłowych z naczepami. Nie muszę chyba wam

mówić, że z takiego "złotego strzału" miałem mieć majątek, za jeden taki samochód miałem

dostać od zlecającej firmy leasingowej więcej niż moja mama zarabiała w pół roku. A było

ich aż jedenaście! Dłużnikiem była oczywiście firma transportowa, która po wzięciu leasingu

na wspomniane samochody nawet nie podjęła spłaty rat. A więc coś tu znowu śmierdziało!

Dotarliśmy na miejsce wieczorem i udaliśmy się na rekonesans. Trzeba było zobaczyć, czy

jakieś samochody są na miejscu i jeśli by były to zajmować od razu to co jest, żeby rano nie

wyjechały. Okazało się, że na wielkim placu stał tylko jeden nasz ciągnik, reszty nie było.

Cieć przy bramie poinformował nas, że samochody są w trasie i nie wie kiedy wrócą. Ja więc

złapałem za telefon i zadzwoniłem do właściciela firmy, aby podjechał pod bramę na spotkanie

i przekazanie pierwszego samochodu. Podjechał szybko. Nawet nie sam. Za kilka minut z

piskiem opon pod bramę podjechało pięć samochodów niemieckich marek, a z każdego

zaczęły się wysypywać kolejne karki. I nie mieli raczej wesołych i przyjaznych min. To znaczy

nie wnioskowałem tego z ich min, tylko raczej z tego, że każdy ściskał w ręku gnata i jakoś

mi wyglądało, że umieli z nich korzystać. Zrobiło się gorąco, rzucili nami o parkan, zabrali

dokumenty, teczki, kluczyki od samochodów itp. Człowiek trochę głupio się czuje jak ma

kilka centymetrów nosem lufę pistoletu, a wydaje mu się, że to on tu jest po prawie. Panowie

dali nam w kilku ciepłych słowach do zrozumienia, że nasza obecność jest tu niepożądana i

mamy szybciutko udać się w drogę powrotną do domku. I rzeczywiście taka była moja pierwsza

myśl, zawijamy się, wyżej dupy nie podskoczymy. Ale potem, wieczorem, w hotelu, wpadł mi

do głowy pomysł. Dziś jak to wspominam to sam nie wierzę, że byłem tak odważny albo raczej

głupi, żeby skakać takim gościom, ale stało się.

Od następnego dnia rano rozpocząłem wielkie

polowanie na samochody. Ustawione miałem wszystko: przejścia graniczne, drogi dojazdowe

do Wałbrzycha, nawet paru miejscowych policjantów, którzy chcieli dokopać "miastu" po cichu

mi pomagało. Nie będę was zanudzał szczegółami, bo nie o to chodzi. W każdym razie powiem

tylko, że w przeciągu tygodnia zdjęliśmy prosto z dróg dziewięć z jedenastu samochodów. Szło

nad podziw łatwo, poznani na miejscu policjanci zrobili co mogli, żeby nam pomóc. To co się

potem działo było już mniej miłe, bo pan szef dostał furii i miałem od niego kilka telefonów

dziennie co mi zrobi jak mnie dorwie w swoje łapy. Nie powiem, żebym nie brał go poważnie,

ale na szczęście skończyło się tylko na jego słodkim zawodzeniu przez telefon. Kilka tygodni

później dostałem telefon od jednego z policjantów z Wałbrzycha, gość dostał śmiertelny

postrzał w jednej z wrocławskich knajp. Miałem problem z głowy!

Część trzecia i ostatnia windykacyjnych wspomnień w poniedziałek.

Kod do rejestracji: POKERTEXAS