Przy szklaneczce JD odc. 4 – Zapomniane hity lat ’80

Odbiegnę dziś zupełnie od tematu pokera, którego ze względu na codzienne pisanie o nim mam lekko dosyć. W kolejnym odcinku zajmę się tematyką, która gdzieś przez te wszystkie lata przewijała się przez moje blogowe wpisy, ale chyba nigdy nie poświęciłem jej należytej uwagi i dużej ilości miejsca, bo były to zazwyczaj jakieś krótkie wrzutki dotyczące słuchanej właśnie nowej płyty lub koncertu, na którym byłem lub na jaki się wybierałem. Muzyka – obok sportu, filmu i pokera moja kolejna pasja. Oczywiście, każdy może powiedzieć, że muzyka to jego pasja, bo każdy jej przecież słucha, ale ja zajmę się szczególnym rodzajem muzyki, z którym jestem bardzo mocno związany – hitami lat osiemdziesiątych.

Nie da się tego faktu ukryć – wkrótce (w styczniu) kończę 43 lata. Jak łatwo sobie policzyć urodziłem się w 1973 roku, do szkoły podstawowej poszedłem w 1980, a do szkoły średniej w 1987. Moi rówieśnicy wiedzą doskonale, jak wtedy słuchało się muzyki i jakie mieliśmy dostępne opcje. Dzisiejsza młodzież (kurde, serio to napisałem? rany boskie, ja naprawdę jestem starym capem…) kompletnie nie rozumie, co znaczyło w tamtych czasach interesowanie się muzyką. Nie było płyt CD, plików mp3, iPod’ów, stacji muzycznych w telewizji czy internetu. Nie było nawet prasy muzycznej, a plakaty zespołów zdobywało się kupując tygodnik Razem i Dziennik Ludowy. Było za to radio i nieśmiertelna Lista Przebojów Programu Trzeciego prowadzona przez Marka Niedźwieckiego. Kultowy program „Romantycy muzyki rockowej” Tomasza Beksińskiego dawał szansę posłuchania płyt zespołów z modnego wtedy nurtu new romantic w radiowej „Dwójce”. W telewizji rządziła z kolei absolutnie „Wideoteka”, program Krzysztofa Szewczyka z najlepszymi teledyskami tamtych czasów.

Magnetofony szpulowe ważące dobre kilka kilogramów, z wielkimi rolkami na taśmy czy – jak ktoś miał dużo szczęścia – kasetowce „Kasprzaka” lub „Grundiga” to był wtedy najlepszy sprzęt, na jakim odtwarzało się muzykę. Kasety z nagranymi albumami można był kupić choćby w legendarnym sklepiku „Dziupla” na warszawskiej Pradze lub nagrać je sobie w słynnym „Digitalu” naprzeciwko Muzeum Narodowego. Gdy ktoś wolał rozwiązania bardziej klasyczne to operował adapterem i czarnymi płytami analogowymi, których kupienie w sklepie graniczyło z cudem. Jedynymi momentami na posłuchanie muzyki wspólnie z rówieśnikami (i przy okazji obściskanie się z kilkoma koleżankami) były szkolne dyskoteki. To były ciężkie, ale jakże piękne czasy…

Muszę się przyznać, że muzycznie jestem nadal zawieszony gdzieś pomiędzy latami ’80 i ’90. Współczesna muzyka jakoś nie do końca mnie przekonuje i niezwykle rzadko znajduję coś dla siebie pośród płynącej lawiny syfu w stylu MTV. Wszechobecne „ymc ymc ymc” to kompletnie nie dla mnie. Wiem, że gadam teraz jak stary dziad albo wręcz kombatant, ale taka jest smutna prawda. Obecnych wykonawców, którzy swoją muzyką trafiają teraz do moich uszu mógłbym policzyć na palcach dwóch rąk i jeszcze by mi pewnie kilka palców zostało. Uwielbiam za to wracać do muzycznych staroci. Przeboje z lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych mają nadal jakąś magiczną moc i choć dziś wspomina je niewiele osób to dla mnie wciąż są podstawą muzycznej egzystencji. Dziś chcę przypomnieć Wam kilka z nich, a zapewne dla paru osób przedstawione przeze mnie numery mogą być wręcz całkowitą nowością. Jeśli macie więc ochotę na małą muzyczną podróż do przeszłości to zapraszam!

Sal Solo – San Damiano

Zacznę od piosenki, która w Polsce była bardzo długo absolutnym hitem numer jeden. Na Liście Przebojów Trójki, która była tak naprawdę jedynym wówczas wykładnikiem popularności poszczególnych piosenek, jak i wykonujących je zespołów, ten numer utrzymywał się na pierwszym miejscu przez kilka tygodni. Co ciekawe – wokalista, który ją wykonywał największą karierę zrobił ze swoim zespołem właśnie nad Wisłą. Na cześć naszego kraju nagrali nawet piosenkę „Poland”, a ich trasy koncertowe cieszyły się w Polsce olbrzymim powodzeniem. To właśnie ich koncert był pierwszym, jaki zaliczyłem w swoim życiu, a plakat zakupiony po koncercie ze zdobytym nadludzkim wysiłkiem autografem wisiał u mnie na ścianie przez kilka następnych lat! Mowa oczywiście o Classix Nouveaux i ich charakterystycznym frontmanie Salu Solo.

Po kolejnym rozpadzie w historii zespołu Sal Solo odwiedził włoską miejscowość San Damiano ze słynnym klasztorem. Ta wizyta spowodowała nagłe nawrócenie się piosenkarza na wiarę katolicką i była przyczyną nagrania największego jego przeboju. Ciekawostką jest fakt, że na okładce płyty znajduje się reprodukcja jednego z obrazów częstochowskiej Jasnej Góry, a w nagrywanym w warszawskim Pałacu Kultury teledysku wystąpił polski chór chłopięcy. Jednocześnie od razu przepraszam za mizerną jakość niektórych materiałów, ale większość z nich ma już po kilkadziesiąt lat i nie była raczej nagrywana w jakości HD…

Alan Parsons Project – Don't Answer Me

Druga propozycja to również dość oryginalna kapela w historii muzyki. Zespół, który przez cały okres swojego istnienia w ogóle nie koncertował (z jednym wyjątkiem potwierdzającym tylko regułę), a w latach osiemdziesiątych był mimo to doskonale znany ze swoich świetnych albumów studyjnych. Alan Parsons Project to zespół grający elektronicznego rocka, bardzo melodyjnego i klimatycznego. Zespół założyli Alan Parson i Eric Woolfson, a przy pracach nad nagrywaniem kolejnych albumów towarzyszyli im po prostu kolejni muzycy studyjni. Ich największe przeboje to niewątpliwie „Eye in the Sky” i „Don't Answer Me”, do którego powstał nowatorski jak na tamte lata teledysk w formie komiksowej opowieści.

Falco – Jeanny

O ile uważam język niemiecki za całkowicie, absolutnie i nieodwołalnie antymuzyczny to w swoich muzycznych fascynacjach znalazłem też kilka razy miejsce dla germańskojęzycznych wykonawców. Pamiętam doskonale moje analogowe płyty Die Toten Hosen i Die Ärtze (z kapel tych często „pożyczali” sobie motywy liczni polscy wykonawcy, np. mało kto wie, ale znana piosenka Big Cyca „Facet to świnia” to cover kawałka „Doktorów”, a słynny hicior Ich Troje „A wszystko to…” to nic innego, jak przeróbka przeboju Die Toten Hosen) przywożone mi na zamówienie z ówczesnego RFN przez jakąś daleką ciotkę podczas mojego krótkotrwałego zachłyśnięcia się punk rockiem. Była też oczywiście po drodze Nena i jej „99 Luftballons”.

No i był Falco. Austriacki wokalista znany był u nas głównie z dwóch piosenek. Każdy zapewne kojarzy jego największy przebój „Rock Me Amadeus” napisany pod wpływem obejrzenia przez piosenkarza słynnego filmu Milosa Formana „Amadeusz”. Drugi jego hit to „Jeanny”, taki trochę deklamowany, trochę śpiewany numer wykonywany w dwóch językach. Kilka lat później ponownie Ich Troje wzięło ten kawałek na tapetę i powstała jego polska wersja. Ale na pewno warto sobie przypomnieć oryginał.

Numero Uno – Tora Tora Tora

Bracia Bolland, producenci hitu „Rock Me Amadeus” byli też współtwórcami kolejnego zapomnianego przeboju, który odświeżam na mojej małej liście hitów. Na fali popularności nowego trendu muzycznego – italo disco – postanowili oni wypromować holenderskich bliźniaków, Roba i Hansa Kellerów, którzy byli już znani na tamtejszych rynku muzycznym. Jako Numero Uno bracia nagrali pierwszego singla i stał się on prawie natychmiast wielkim hitem dyskotek w całej Europie. Bez tego kawałka nie istniała żadna szkolna potańcówka w mojej podstawówce i wszyscy darli się wniebogłosy „Tota Tora Tora!!”. No i ta ich stylówa, omg!

Righeira – Vamos a la Playa

Przedstawicielami tego samego nurtu muzyki jest też włoski zespół Righeira. W 1983 roku nagrali oni swój największy przebój „Vamos a la playa”, który dał im popularność i szczyty europejskich list przebojów. Ile razy nie oglądałbym teledysku do tej piosenki, to za każdym razem nie mogę się powstrzymać od śmiechu, bo oryginalność tych ich „kocich ruchów” zaprezentowanych na trzech metrach kwadratowych po prostu miażdży system! A panowie koncertują do dzisiaj!

Red Box – Chenko

Kiedy jakiś czas temu przeglądałem przepastne zasoby internetu w celu odszukania kilku fajnych, starych albumów muzycznych, wpadł mi w oko zapomniany nawet przeze mnie zespół Red Box. Ta brytyjska grupa synth popowa była w Polsce swego czasu bardzo popularna, a ich piosenki zdobywały u nas często pierwsze miejsca na listach przebojów. „For America”, „Bantu” czy „Lean On Me” znał kiedyś każdy, ale chyba największym hiciorem tego zespołu był kawałek „Chenko” z pięknym teledyskiem zainspirowanym starożytnym światem Majów (sam refren to zresztą słowa z ich języka – „chenko tenka io” znaczy „świat się skończył”).

Kod do rejestracji: POKERTEXAS

Europe – Superstitious

Wykonawca znany chyba każdemu w tym kraju, ale kawałek już raczej nie. Jeśli słyszymy Europe, to myślimy od razu „Final Countdown”, ewentualnie ktoś przypomni sobie cudowną rockową balladę „Carrie”, ale gdy przyjdzie do wymienienia trzeciego tytułu, to zaczną się już pewnie schody. Tak więc przypomnę dziś trochę mniej znany numer Joey’a Tempesta i jego kolegów. Szwedzcy muzycy spod znaku stylu, który ja osobiście określam jako „pudel metal” (od ich prześlicznych trwałych ondulacji) po sukcesie ich albumu ze wspomnianymi przeze mnie hitami, nagrali dwa lata później kolejną płytę. Aż tak oszałamiającej kariery album „Out of This World” już nie zrobił, ale kilka numerów było całkiem fajnych i też powalczyły na listach przebojów. Płytę otwierało nagranie „Superstitious” i to właśnie ten kawałek dziś wrzucam. Bardzo lubię!

The Cure – Just Like Heaven

Moja pierwsza wielka muzyczna miłość (która zresztą niezmiennie trwa do dzisiaj i trwać będzie wiecznie, amen!). Byłem chyba w szóstej albo siódmej klasie szkoły podstawowej, gdy po raz pierwszy usłyszałem The Cure. I jak to w życiu bywa – była to miłość od pierwszego wejrzenia… to znaczy usłyszenia. Wszystkie płyty Roberta Smitha i jego kolegów natychmiast znalazły się w mojej kolekcji (wtedy na kasetach rzecz jasna) i były niemiłosiernie przeze mnie katowane na wszystkie możliwe sposoby.

Jednym z albumów tej brytyjskiej kapeli, który ukazał się w tamtych właśnie czasach był świetny „Kiss Me, Kiss Me, Kiss Me”. Była to jedna z lepszych płyt w historii zespołu, łącząca wiele nurtów i styli muzycznych, bardzo pozytywna w odbiorze (w odróżnieniu od słynnej „mrocznej trylogii” – „Seventeen Seconds”, „Faith” i „Pornography” czy późniejszej genialnej, ale mrocznej „Disintegration”, wydanej tuż po „Kiss Me, Kiss Me, Kiss Me”), a piosenka „Just Like Heaven” była grana nawet w stacjach radiowych, co w przypadku tego zespołu zdarzało się wcześniej niezwykle rzadko, jeśli nie w ogóle. O The Cure też zresztą przyjdzie mi na pewno jeszcze kiedyś napisać, bo to kawał historii i ważny odcinek mojego życia…

Foreigner – I Want To Know What Love Is

Wśród wielu grup muzycznych z lat osiemdziesiątych, o których już trochę zapomniano, jest między innymi zespół Foreigner. W zasadzie, jeśli by się kogoś zapytać, to zespół ten jest znany, ale ich piosenki to już nie za bardzo i tytuły utworów pamiętają tylko ich najwięksi fani. Ale jest jednak jeden utwór, który znają chyba wszyscy – „I Want To Know What Love Is”. Ta przecudna ballada jest prawdziwym klasykiem rocka, została nawet zaliczona do 500 największych utworów w historii muzyki przez prestiżowy magazyn „Rolling Stone”. Była też numerem jeden na listach przebojów równocześnie w Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych, a to nie jest i nie była częsta sytuacja. A ile dziewczyn w tamtych czasach omdlewało w ramionach swych partnerów na szkolnych imprezach…

Frankie Goes To Hollywood – The Power of Love

Zarówno przebój Foreigner, jak i następna piosenka w moim zestawieniu, były podczas wszystkich dyskotek na samym szczycie najpopularniejszych „wolnych” na wszystkich dyskotekach w Polsce. Mowa o największym hicie zespołu Frankie Goes To Hollywood – „The Power of Love”. Znalazł się on już na debiutanckim albumie zespołu „Welcome to the Pleasuredome” obok takich świetnych kawałków jak „Relax” czy „Two Tribes”. O ile piosenki te podbijały listy przebojów i osiągały na nich wysokie miejsca, to utwór „The Power of Love” te listy miażdżył! Mimo tego, że Frankie Goes to Hollywood nagrali tylko dwa albumy studyjne, to i tak miejsce w historii muzyki dzięki tym utworom mają zapewnione.

ABC – The Look of Love

Ile znacie kawałków, które były wielkimi hitami, ale ich wykonawcy nigdy więcej nie nagrali nic, co by się chociaż zbliżyło sukcesem do tego topowego nagrania? Jest takich wielu. Należy do nich na pewno również brytyjska grupa ABC. Ich utwór „The Look of Love” to klasyk muzyki pop lat osiemdziesiątych, ale choć zespół nagrał wiele albumów w przeciągu kilkunastu lat swego istnienia, to żadna inna ich piosenka nie zrobiła takiej kariery. Dla nas, Polaków, ten kawałek jest jeszcze bliższy naszym sercom, bo przez wiele lat był to charakterystyczny sygnał dźwiękowy Listy Przebojów Marka Niedźwieckiego w radiowej „Trójce”, programu uwielbianego przez kilka pokoleń fanów muzyki.

The Cars – Drive

Podobnym przykładem „zespołu jednego przeboju” (a takich przebojów znam z lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych dziesiątki, same perełki!) można na pewno określić The Cars. Kilka wydanych płyt w pierwszym okresie działalności, po wielu latach reaktywacja, a i tak każdy zna tylko jeden ich numer. „Drive” to ich mega przebój, który był swego czasu grany w kółko w każdym szanującym się radiu…

Kaja Goo Goo – Too Shy

Jednym z najpopularniejszych zespołów złotego okresu lat osiemdziesiątych była brytyjska formacja Kaja Goo Goo (lub jak kto woli Kajagoogoo, bo z pisownią nazwy tego zespołu zawsze były problemy). Grająca jako jedna z pierwszych w nurcie new romantic kapela charakteryzowała się przede wszystkim jednym – swoim frontmanem. Limahl stał się z miejsca obiektem westchnień wszystkich nastolatek, a plakat z jego podobizną wisiał nad każdym dziewczęcym łóżkiem w Europie. Już ich pierwszy singiel „Too Shy” przyniósł im sławę i dał odskocznię do późniejszej wielkiej kariery.

Niestety, popularność Limahla była bardzo nie na rękę założycielowi grupy, Nickowi Beggsowi, który był najzwyczajniej w świecie zazdrosny o wokalistę, którego jego zespół przyjął do składu z ogłoszenia w gazecie. Jak to się skończyło wiadomo – Limahl został wyrzucony z zespołu i kontynuował z powodzeniem swoją karierę solową, a o Kaja Goo Goo dość szybko wszyscy zapomnieli…

Limahl to w ogóle interesująca postać dla moich dziecięcych i szkolnych losów. W związku z tym, że przez całe szczenięce lata miałem na włosach jasną blond plamę (reszta włosów mi pociemniała, a tu akurat nie chciały, taki rodzaj bielactwa dziedziczny w mojej rodzinie od pokoleń) to moja mama odwiedzała moją podstawówkę średnio raz w miesiącu, tłumacząc dyrektorowi–debilowi, że jej syn wcale nie farbuje włosów wodą utlenioną „na Limahla”, tylko ma tak naturalnie i tego nie zmieni. Dyrektor, stary komuch, niszczący wtedy wszelkie przejawy „Zachodu” w szkole i tak jej nie wierzył, ale ja dzięki temu byłem dość popularny na szkolnych korytarzach, bo byłem jednym z pierwszych prześladowanych przez szkołę za fryzurę!

Clan of Xymox – Obssesion

No i na koniec jeden z mniej znanych utworów na mojej liście przebojów. Kawałek jednak o tyle dla mnie ważny, że wydany został przez jedną z najważniejszych wytwórni muzycznych w okresie odkrywania przeze mnie muzyki – 4AD. Wytwórnia ta stała się symbolem muzyki niezależnej, była czczona przez miliony fanów na świecie, a zespoły wokół niej zebrane do dziś są uważane za kultowe. Dla 4AD nagrywali m.in. Clan of Xymox, Cocteau Twins, Bauhaus, Dead Can Dance czy Xmal Deutschland. Mógłbym tu sypnąć całą listą świetnych numerów nagranych przez te kapele, ale przedstawię jeden, który mnie od zawsze „kręcił”.

To piosenka „Obsession” holenderskiego zespołu Clan of Xymox, jednego z przedstawicieli nurtu rocka alternatywnego, zwanego też czasem dark wave. Zresztą z zespołem Ronniego Mooringsa i Anke Wolbert (co oni mają za cudowne głosy!!) też mam nietypowe wspomnienia, bo gdy po wielu, wielu latach przyjechali w końcu do Polski na jeden jedyny koncert w Łodzi, to odbył się on akurat w dniu, w którym zmarł papież Jan Paweł II i wszyscy uczestnicy koncertu dowiedzieli się tego od wokalisty ze sceny pomiędzy wykonywanymi utworami, w tym ja…

Dziś to tyle wspomnień. Mam ochotę wrzucać co jakiś czas takie stare, zapomniane hity z lat ’80 (a może czasem z lat ’90), więc mam nadzieję, że będziecie sobie chcieli czasem odświeżyć ten czy inny przebój sprzed paru dekad. A może nawet kogoś zainspiruję do posłuchania kilku albumów z tamtych lat? Swego czasu na moim pozapokerowym blogu prowadziłem cały cykl muzyczny i był on wówczas bardzo chętnie czytany (a w zasadzie chyba słuchany), więc może i na Pokertexas znajdzie się kilka osób, które lubią sobie powspominać stare, dobre przeboje. Odświeżyłem sobie przy okazji kilka starych, dawno niesłuchanych albumów z tamtego okresu i poczułem się znowu piękny, młody i z włosami. A to cudowne uczucie!

Kod do rejestracji: POKERTEXAS