Po równi pochyłej

Dziś o pokerze będzie niewiele, bo i pisać nie ma za bardzo o czym, a chwalić się tym bardziej nie ma czym. Wręcz przeciwnie, mogę jedynie ponarzekać, bo leją mnie jak chcą, a ja jestem w fazie permanentnego tiltu. Szybko więc podam raport z moich żałosnych poczynań na PS i przejdę do innych, ciekawszych tematów.

Nagrody rozdane!

Na początek jestem Wam winien rozwiązanie ostatniego konkursu. Dwie osoby wśród wszystkich oceniających i komentujących bloga miały zostać nagrodzone biografią sir Alexa Fergusona wydaną przez Wydawnictwo Anakonda, jeśli blog zbierze przynajmniej 27 plusików. Tak się stało – dzięki wielkie! – więc musiałem przygotować kilkadziesiąt losów z Waszymi nickami. Dzięki mojej prywatnej maszynce losującej (w osobie mojej córki) szczęście uśmiechnęło się do użytkowników eRWu88 i trololo. Gratulacje! Odezwijcie się do mnie na maila [email protected] z adresami do wysyłki nagród. A dziś kolejna zabawa, ale o tym w dalszej części bloga.

Jak to na PeeSie…

Błogość i zadowolenie z gry na Poker Stars ma zawsze swoje granice. Ten soft ma to do siebie, że potrafi Cię nawet czasem udobruchać, pogłaskać, nawet wynagrodzić (choćby kilkoma pokerami i karetami, które dostałem tu chyba po raz pierwszy w życiu), żeby zaraz potem wyrwać Ci serce, wybić z głowy wszelkie pomysły o dobrych wynikach, przy okazji nagradzając za głupotę wszystkich Twoich przeciwników. Im jest głupszy, tym nagroda dla niego jest większa. Przekonałem się o tym dotkliwie przez ostatnie kilka dni.

Zacznę może od wykresu. Od ostatniego odcinka bloga rozegrałem kolejną setkę gier i po 306 zagranych turniejach sit&go linia zysków i strat przypomina wykres z sejsmografu po trzęsieniu ziemi w Japonii…

Jak widzicie od ostatniego razu miały miejsce dwa zdarzenia. Pierwsze raczej przeze mnie przewidziane – jazda w górę, dotarcie do poziomu 55$ zysku. Drugie już raczej nieprzewidziane – ostry zjazd w dół po równi pochyłej i bez trzymanki! Istna masakra! Zaliczyłem najgorszą serię od momentu, gdy miesiąc temu wziąłem się za grę. Bili mnie, ogrywali, jawnie okradali, robili ze mną co chcieli i jak chcieli.

Same króle przegrywały mi przynajmniej kilkanaście razy, do tego nie układało się nic, wszystko przegrywałem jak leci. Oczywiście cała ta sytuacja zaowocowała u mnie natychmiast ogromną pianą na ustach i tiltem gigantem (choć myślałem już, że mnie to nie dotknie), więc dodatkowo zacząłem popełniać jeszcze kretyńskie błędy. Do tego wszystkiego w sobotę zagrałem satelitę do PCA, na którą ticket wygrałem ostatnio. Tu też wszystko szło nieźle, powiedziałbym nawet bardzo dobrze, aż do pewnego momentu. Dwa mega kretyńskie zagrania moich przeciwników i najpierw moje AK nie daje rady A3 (trójka na river), za chwilę moje KK przegrywa ogromną pulę z 66 (szóstka na river), po czym całą zabawę zakończył przegrany coin flip 99 vs KQ (król na river). Możecie sobie tylko wyobrazić, że szczęśliwy nie byłem… O reszcie moich występów nie chce mi się nawet pisać, bo było żenująco, słabo i nieciekawie.

Jedyne, co mi teraz zostało, to zacisnąć pośladki i wrócić na dobre tory. Przez kilka dni nie miałem za bardzo czasu na większą ilość gier, bo praca nad książkami przed okresem świątecznym idzie pełną parą, do tego promocja autobiografii Liroya zajmuje mi mnóstwo czasu i prawie nie śpię. Może w ten weekend coś się uda wygospodarować na grę, choć znowu grafik zajęć mam dość napięty.

Marsz Niedorozwojów

Krótki akapit o wydarzeniach w Warszawie z 11 listopada zacznę może od tego, że już od kilku miesięcy nie oglądam w telewizji nic poza sportem. A już na pewno nie oglądam żadnych wiadomości, programów publicystycznych i tego typu gówna, w którym wciąż te same, spasione ryje próbują mi mówić kto jest dobry, kto jest zły, jak mam żyć, co mi wolno, kogo mam słuchać, co tolerować, co tępić itd. Polityków wszelkiej maści mam serdecznie dosyć, nie ufam już żadnemu z nich, każdy z nich jest dla mnie zwykłą szmatą i prostytutką sprzedającą się za pieniądze podatników. Mam dość premiera, prezydenta, przewodniczącego, krzyża, Smoleńska, brzozy, platformersów, pisiorów, prawych i lewych – mam dość wszystkich, bo wszyscy są tacy sami i liczy się dla nich jedynie interes prywatny, a nie dobro publiczne. Smutne to, ale prawdziwe.

Nie znaczy to jednak, że nie mam swojego zdania w przypadku kolejnych politycznych przepychanek. Mam je również na temat tego, co stało się po raz kolejny w Warszawie podczas Dnia Niepodległości. Zastanawiam się, ile osób tak naprawdę pamięta o tym, co Polacy powinni świętować tego dnia i z jakiej okazji to święto zostało w ogóle uchwalone. Przypomnijmy więc – 11 listopada 1918 roku, po 123 latach nieobecności na mapach świata, po trwających ponad wiek rozbiorach, Polska ponownie odzyskała niepodległość i wróciła na europejskie salony. Kosztowało to polski naród tysiące ofiar i morze rozlanej krwi w wojnach i licznych powstaniach. Brzmi to może patetycznie, ale stwierdzam tu tylko historyczne fakty, nic poza tym.

I przychodzi taki kolejny 11 listopada i jak „świętuje” Narodowe Święto Niepodległości stolica naszego cudownego kraju? Ano tak, jak było widać na telewizyjnych migawkach. Burdy, pijaństwo, akty wandalizmu, chuliganka pełną gębą. Wierzcie mi, nie wiem kto to wszystko zaczął, nie wiem kto za tym stoi, nie wiem kto ma w tym interes, nie wiem kto się z kim leje i dlaczego. Nie wiem czy to są narodowcy, kibole, bojówki Młodzieży Wszechpolskiej, skinheadzi, wariaci, prowokatorzy czy jeszcze ktoś inny. Nie wiem. I mam to w dupie!! Nie chcę nawet tego wiedzieć! Mnie interesują w całym tym cyrku tylko trzy sprawy – jako patriota (ale taki prawdziwy, a nie taki, co drze swoją przepitą mordę, że on jest „prawdziwym patriotą”, wybijając kolejną szybę w samochodzie i rzucając kolejny kamień, bo taki jest jedynie zwykłym śmieciem i bandytą) jestem tym wszystkim zażenowany i chce mi się rzygać, jako mieszkaniec Warszawy jestem prawdziwie wkurwiony postępującą demolką mojego miasta przez wypuszczone z klatek wściekłe bydło, a jako obywatel tego kraju jestem zaniepokojony stanem tego państwa, patrząc na niemoc i bezsilność naszej władzy i policji, której grupa zezwierzęconych pajaców potrafi wejść na łeb, nasrać i to jeszcze rozmazać. To jest po prostu nienormalne, ale powtarza się któryś rok z rzędu i nikt, ale to absolutnie nikt nie ma zamiaru nic z tym zrobić. A wiecie dlaczego? Bo wszystkim zależy na tym, żeby takie sceny miały miejsce! Służy to później przez długie tygodnie do wzajemnego obwiniania się, do opluwania jedni drugich, do odwrócenia uwagi opinii publicznej od innych, o wiele ważniejszych problemów w kraju. Każda świnia z tego politycznego chlewu ma w tym swój interes.

Przykładów jest wiele, ale niech posłuży do tego słynna tęcza z placu Zbawiciela. Ktoś wpadł kiedyś na pomysł, żeby stanęła i tak się stało – no trudno. Jako, że jest to tęcza, to kolory ma takie, jakie powinna mieć tęcza, proste. Ale dla wielu to przecież symbol wszelkiego pedalstwa chodzącego po ziemi, a że stoi przed kościołem (swoją drogą – kto wpadł na tak genialny pomysł z taką lokalizacją??), więc się to komuś nie podoba, a jak się nie podoba, to musi zniknąć. A więc padło hasło – spalić ją! Raz, drugi, kolejny… Wiecie, że tęcza płonęła już pięć razy? A wiecie, że koszt odbudowy tej tęczy to każdorazowo ponad 60 tysięcy złotych z budżetu miasta? Czyli jesteśmy już – my, warszawiacy, podatnicy – 300 koła w plecy. A ich (nie mogę powiedzieć „nasza”, bo mi to przez gardło nie przejdzie) ulubiona prezydentowa mówi właśnie, że znowu ją odbuduje, mało tego, będzie ją odbudowywać za każdym razem po kolejnych dewastacjach. To ja mam taką propozycję – może niech Bufetowa robi to ze swojej pensji?? Tak jej zależy na tęczy, niech ma, ale za swoje. Taka jest tolerancyjna – spoko, ale niech za to płaci. Inna sprawa to fakt, że jakim trzeba być deklem, żeby palić niczemu niewinną instalację artystyczną tylko dlatego, że może – zaznaczam, może! bo przecież wcale nie musi – reprezentować środowiska LGBT? Sam nie jestem fanem wszechobecnego promowania homoseksualizmu i generalnie mam do gejów zakodowany wewnętrzny wstręt, ale nawet mi ta cholerna tęcza w niczym nie przeszkadza w tym smutnym, szarym i brudnym mieście! Za to tęcza stała się kolejnym symbolem ulicznych walk w dniu 11 listopada i tematem numer jeden dla wszystkich mediów. Byłem z Liroyem w Polsacie któregoś dnia i razem z nami czekał na audycję jakiś gość pod krawatem. Okazało się, że był „ekspertem w sprawie tęczy” zaproszonym na rozmowę do studia. Wyobrażacie sobie?? Ekspert, kurwa!! Od tęczy!! W telewizji!! Chory kraj…

W całym tym zamieszaniu aresztowano jedynie 72 osoby. Jedynie, bo według mnie powinno być ich przynajmniej kilkaset. Dlaczego w takim razie nie wyłapano wszystkich winnych? Tego nie wiem, to dla mnie tajemnica. Tak działa nasza policja – prężą te swoje tarcze i pały, a jak przychodzi co do czego, to gówno potrafią zrobić. Kolejny przykład na to, że to banda patałachów, potrafiących tylko karać niczemu niewinnych obywateli za picie piwka pod chmurką lub jazdę samochodem bez zapiętych pasów. W tym są świetni, bo wiedzą, że nie dostaną w mordę w odpowiedzi na durne zarzuty. Jak trzeba zrobić porządek w demolowanym mieście, to ogon pod siebie i srają w gacie.

Pytań po tych wydarzeniach jest wiele, tylko jakoś nikt nie umie (lub nie chce) udzielić na nie odpowiedzi. Na przykład – kto pokryje szkody, które poniosły prywatne osoby podczas tej ulicznej wojny? Przecież tam spłonęły samochody, wiele okien zostało wybitych, poleciało wiele szyb w prywatnych samochodach. Miasto wyceniło swoje straty (swoje!! i tylko swoje!!) na 120 tysięcy i chce zwrotu tej kwoty od organizatora marszu. Problem w tym, że to samo miasto nie uzyskało jeszcze zwrotu o wiele mniejszych kwot za burdy i wandalizm w poprzednich latach. Jak więc teraz chcą to zrobić? Tego nikt nie mówi. A kto odda resztę strat mieszkańcom Warszawy, którzy ucierpieli materialnie? O tym też cisza. A ja się pytam – dlaczego nie płacą ci, których aresztowano? Przecież za coś ich zatrzymano, prawda? Zapewne za demolkę i rozróby. Sądowy nakaz zapłaty po około 1700 zł na łeb, do tego szkody mieszkańców drugie tyle, do tego po trzy miesiące w pierdlu i sprawa z głowy. Może jak wyjdą, to na drugi raz się zastanowią. Ale nie – Bufetowa woli się sądzić przez kilka lat z organizatorem, bo przecież to też nie ona płaci za prace adwokatów, sądów i wszystkich zamieszanych w dochodzenie tych należności.

Józef Piłsudski, człowiek, dzięki któremu 95 lat temu odzyskaliśmy niepodległość przewraca się teraz w grobie. Miał on rację mówiąc kiedyś, że „naród piękny, ale ludzie kurwy”. Patrząc na idiotów, którzy w jednym ręku trzymają biało-czerwoną flagę, a w drugiej pałę do lania się z policją lub kamień do wybicia następnej szyby, trzeba mu niewątpliwie przyznać rację.

Koncertowy rok

Mijający właśnie rok muszę uznać za wyjątkowo udany pod względem muzycznych imprez, które zaliczyłem. Na koncerty chodzę od dawna, ale chyba jeszcze nigdy nie byłem na tak dużej ilości w przeciągu kilku miesięcy. Pisałem ostatnio, że wybieram się na koncert Hurts na warszawskim Torwarze. Było naprawdę znakomicie, chyba ich najlepszy występ w Polsce, a mam tu akurat porównanie, bo na występie tego brytyjskiego zespołu byłem już po raz trzeci. Pierwszy raz po premierze ich debiutanckiego albumu w Stodole, drugi raz w tym roku w kwietniu w klubie Palladium. Jednak oba tamte występy były typowo klubowe – mało miejsca, niewiele ludzi, choć atmosfera zawsze świetna i koncerty muzycznie rewelacyjne. Dopiero teraz jednak widać było, jaki potencjał tkwi w tym zespole. Lepsze nagłośnienie, światła, oprawa wizualna i tłum ludzi – to było to! Koncert był genialny i już nie mogę się doczekać kolejnego przyjazdu Theo i Adama do Polski.

Kod do rejestracji: POKERTEXAS

W maju w łódzkiej Atlas Arenie gościł legendarny Mark Knopfler, lider niezapomnianego zespołu Dire Straits. Teraz pewnie młodsi słuchacze muzyki nie do końca znają twórczość tej kultowej kapeli, ale dla mnie, człowieka wychowanego na muzyce z lat osiemdziesiątych, było to duże wydarzenie. Wystarczy powiedzieć, że piosenka „Brothers In Arms” jest przebojem wszech czasów na Liście Przebojów Trójki, a na pierwszym miejscu w tamtych latach królowała nieprzerwanie przez kilkadziesiąt tygodni. Niebywałe! Teraz Mark Knopfler przyjechał na koncert głównie ze swoim solowym materiałem, ale oczywiście nie mogło zabraknąć kilku największych przebojów Dire Straits i zgromadzona w Arenie publiczność usłyszała choćby wspomniany przebój „Brothers In Arms”, jak też „Money For Nothing”, „Romeo And Juliet”, „Private Investigation” czy „Love Over Gold”. Oczywiście wszystkie te kawałki w nowych aranżacjach gitarowych. W ogóle oglądając Knopflera na scenie miałem wrażenie, że on nigdy jednej piosenki nie gra dwa razy tak samo. Pełna improwizacja na bazie muzycznego motywu!

Kolejna legenda, którą dane mi było zobaczyć to Paul McCartney. I już w zasadzie nie muszę pisać nic więcej. Członek największego bandu w historii ludzkości – The Beatles. Muzyk, który wyprzedza innych o lata świetlne. Jest żyjącą historią muzyki, ale okazuje się, że żyjącą doskonale i mającą się świetnie. To, co wyprawiał na scenie Stadionu Narodowego ten 71-latek nie mieściło się w głowie! Kilkadziesiąt tysięcy ludzi zostało dosłownie porwanych przez McCartneya i jego zespół! Istne szaleństwo, które narastało z każdym kolejnym wielkim przebojem z bogatego repertuaru artysty. Przy „Hey Jude” cały stadion dosłownie zwariował, słynne „nanananaaaa” śpiewali chyba wszyscy obecni na koncercie, mnóstwo osób wymachiwało przygotowanymi specjalnie kartkami z napisem „Hey Paul”, bo cztery dni wcześniej były akurat urodziny muzyka. Po prostu odlot! Niestety, do tego poziomu nie dostosowali się akustycy, bo słychać było momentami bardzo kiepsko i psuło to całość wrażenia z tego fenomenalnego koncertu.

Później nadszedł czas na klimaty bardziej rockowe. Impact Festiwal w Warszawie miałem okazję zobaczyć (a może raczej posłuchać) w całości, od początku do końca, bo nasze wydawnictwo miało tam stoisko z książkami muzycznymi i byłem tam obecny od pierwszych do ostatnich minut. Bez bicia się przyznam, że większości grających tam zespołów nawet nie znałem, ale jednak gwiazdy też były obecne i można było posłuchać choćby Slayera, nowej kapeli Jasona Newsteda, byłego basisty Metalliki, no i przede wszystkim Rammstein. Nie słucham tej niemieckiej kapeli na co dzień, ale wiem, że ma w Polsce wielu fanów, a ja sporo kawałków kojarzę, więc ich twórczość nie jest mi obca do końca. Za to nie widziałem nigdy ich występu na żywo i powiem jedno – kosmos! Co oni wyprawiają na scenie, jakie mają scenografie do swoich utworów, jakie światła, efekty pirotechniczne, rekwizyty… Szok! Till Lindemann jest niesamowitym showmanem, prawdziwym frontmanem z krwi i kości. Porywa publikę za sobą już od pierwszych taktów i nie zwalnia tempa nawet na sekundę. Jeśli kolejny raz przyjadą do Polski (a będą na pewno), to tym razem idę na bank!

Do łódzkiej Areny wróciłem ponownie niedawno, bo i okazja była ku temu nie byle jaka. Grali chłopcy z Iron Maiden!! Akurat moje wydawnictwo miało premierę biografii Bruce’a Dickinsona, więc przy okazji pracy nad książką powróciłem do słuchania kolejnych albumów „Żelaznej Dziewicy”, ale żaden album nie odda nigdy tego, co się dzieje na ich koncercie. Wydawałoby się, że to już starsi panowie, po przejściach, że już im się może nie chcieć szaleć… A skąd, gdzie tam! To wariaci! A już Bruce Dickinson to wariat do kwadratu! Ja nie wiem, ile on zrobił kilometrów po scenie podczas tych dwóch godzin koncertu, ale jestem pewien, że pół maratonu to zaliczył lekką ręką (a raczej nogą). Energia bijąca ze sceny, żywioł, ekstaza, moc, gitarowe mistrzostwo świata, wokalny armageddon – tak się powinno robić wszystkie koncerty na świecie! Do tego genialna pirotechnika, kolejne figury Eddiego, światła, wizualizacje na ekranach… Jeden z najlepszych koncertów, na jakich byłem w życiu! A do tego wszystkie, absolutnie wszystkie największe przeboje grupy, bo chłopaki promowali swój koncertowy album „Maiden England 88”!

No i wisienka na torcie – koncert Depeche Mode na Stadionie Narodowym. Zespół kazał długo czekać na swój nowy album, a co za tym idzie kolejną trasę koncertową, więc po premierze płyty „Delta Machine” apetyty wszystkim fanom wzrosły kilkukrotnie, bo nowy krążek jest naprawdę wyśmienity. Gdy w końcu przyjechali okazało się, że choć starsi już o te kilka lat, nie stracili nic ze swych koncertowych możliwości i umiejętności. Zagrali wszystko to, czego się po nich spodziewała publiczność, zagrali kilka nowych kawałków, show był jak zwykle niesamowity, publiczność jak zawsze w Polsce nieprawdopodobna. A na dodatek miałem bilety na sektorze VIP, w którym żarcia, alkoholu i innych atrakcji było pod dostatkiem, więc miałem jeszcze dodatkowe „uciechy” przed i po koncercie. Był to mój już któryś z kolei koncert Depeche Mode, więc może nie byłem specjalnie podekscytowany, bo wiem, na co ich stać, ale jak zwykle bawiłem się świetnie. A oczywiście w lutym do Łodzi jadę znowu. I znowu będzie balet na VIPie!

Mam też w planach kilka innych koncertów. W przyszłym roku w Polsce będą już na pewno Peter Gabriel i Black Sabbath, a zobaczyć te gwiazdy na scenie po prostu trzeba, czy się lubi czy nie. A najbliższy koncert już 3 grudnia w Sali Kongresowej i będzie to coś ekstra! Przyjeżdża do Polski zespół Brit Floyd, chyba najbardziej znany cover band grający kawałki Pink Floyd. Widowisko jest ponoć niesamowite, trwa trzy godziny i można usłyszeć wszystkie największe przeboje grupy. Czekam z niecierpliwością!

A jak już jesteśmy przy koncertach i ich opisach – w grudniu wydajemy książkę, jakiej jeszcze nie było nie tylko w Polsce, ale chyba również na całym świecie. Coś naprawdę specjalnego, głównie dla fanów Metalliki, ale tak naprawdę to dla wszystkich fanów dobrej muzyki rockowej. Szczegóły w następnym blogu!

Sportowe lektury

Książki o tematyce sportowej to zazwyczaj różnego rodzaju i różnej jakości biografie czy autobiografie. Książki o tematyce piłkarskiej w szczególności. Na Zachodzie już nawet dwudziestoparoletni piłkarze, którzy ledwo kilka razy udanie kopną piłkę, natychmiast piszą swoje książki. Są jednak takie książki, które odbiegają od tego utartego schematu i dają nadzieję na powiew świeżości na tym rynku. I są to książki polskie, z czego można się tylko cieszyć. Dziś przedstawię Wam krótko trzy z nich, które ostatnio spodobały mi się najbardziej.

Pierwsza z nich to mój wczorajszy zakup. Książka, którą czytałem całe… cztery godziny. Po prostu ja połknąłem, chłonąc każde słowo i każdy rozdział. O czym mowa? O książce Grzegorza Szamotulskiego. „Szamo” zrobił to, o czym kibice piłkarscy marzyli od dawna – wyniósł anegdoty i historyjki z szatni i przedstawił je światu. A że zrobił to w sposób fenomenalny, to książka mnie powaliła na łopatki. Po pierwsze – dawno się tak nie śmiałem! Wierzcie mi, płakałem ze śmiechu! Po drugie – macie okazję spojrzeć z zupełnie innego punktu widzenia na gwiazdy polskiej ligi, naszej reprezentacji i na najbardziej znanych trenerów. Jest to oczywiście oko Szamotulskiego, z pewnością trochę subiektywne, ale jego sposób prezentacji naszych piłkarskich gwiazd po prostu powala. Dziś rozmawiałem z Pawciem i on miał takie same wrażenia po lekturze. Do przeczytania koniecznie!

Druga to książka Przemka Rudzkiego „Gracz”. Z tą akurat pozycją wiąże się ciekawa historia, bo miałem wydawać ją w Anakondzie. Niestety, pomimo wstępnej umowy z autorem, książka wylądowała finalnie u innego wydawcy. Żałuję, bo od początku mówiłem Przemkowi, że bardzo wierzę w ten projekt i w jego historię. Cóż, takie prawa rynku. Niemniej książkę oczywiście kupiłem i z zainteresowaniem przeczytałem. Jest to brudna opowieść o jeszcze brudniejszym świecie polskiego futbolu, gdzie nikt nie jest bohaterem do końca pozytywnym, a moralność czy honor są tylko pustymi sloganami. Bohaterem jest też Warszawa, w której dzieje się akcja książki, przedstawiona przez autora jako miasto wchłaniające ludzi, którzy nie są gotowi by w nim żyć. Przemek w fikcyjne wydarzenia wplótł również prawdziwe historie z rodzimymi piłkarzami w rolach głównych, które poznał poprzez wiele lat pracy w różnych redakcjach sportowych dzienników. Całość wyszła dobrze, choć ja odpowiedzi na największe zagadki książki domyśliłem się już w jej połowie, ale chyba zbyt dobrze znałem fragmenty tekstu wcześniej. Tak czy inaczej – polecam, warto!

„Gracz” jest powieścią z nowego gatunku na naszym rynku „football fiction”, ale nie jest pierwszą tego typu powieścią. Tak się złożyło, że pionierem na rynku była powieść „Okrągły przekręt” Maurycego Nowakowskiego, wydana przez Anakondę w kwietniu tego roku. Co można powiedzieć o tej powieści? Oglądaliście na pewno film „Piłkarski poker” z Januszem Gajosem w roli skorumpowanego sędziego Laguny. Film opisywał jednak naszą „starą” piłkę z dawnych lat, a ta książka fantastycznie znajduje się w naszych obecnych czasach, tuż przed EURO 2012 w Polsce. Jej bohaterami są młody dziennikarz śledczy, który wpada na trop wielkiej afery korupcyjnej w polskiej piłce oraz jeden z ligowych „sprzedawczyków”, który zaczyna mieć wyrzuty sumienia. Powieść czyta się jednym tchem jak najlepszą książkę sensacyjną, sam przeczytałem ją już dwa razy. Jest w niej wszystko, co w futbolu najgorsze i najbrudniejsze. Polecam wszystkim gorąco!

I właśnie tej ostatniej powieści dotyczyć będzie mój dzisiejszy konkurs. Zasady pozostawiam bez zmian – minimum 27 plusików, udział w losowaniu biorą wszyscy komentujący. Do wygrania dwa egzemplarze książki!

PS. Miałem napisać jeszcze kilka słów o piłce nożnej, ale obejrzałem właśnie mecz mojej „ulubionej” drużyny FC Nic Się Nie Stało i mi przeszła ochota…

Kod do rejestracji: POKERTEXAS