ZNOWU W PLECY…
Mój pościg za Pawciem w naszym challenge’u przypomina mi bieganie dookoła słupa, żeby zobaczyć własny tyłek. Czego bym nie zrobił i tak mam pod górkę i nic z tego nie wychodzi. Jak już raz jakimś cudem wygrałem w turnieju ze dwa coin flipy i zająłem w miarę wysoką lokatę (ale żeby nie było za wesoło to odpadłem i tak tuż przed kasą…) to tego samego dnia Pawcio też zaszedł wysoko i prawie nic nie odrobiłem. Ale mówiąc szczerze już mnie to nawet nie dziwi, bo niespodzianki jakie co chwila przygotowuje mi Paradise powoli wybijają mi z głowy wygraną w tym starciu. Nie dalej jak wczoraj – blindy 50/100, ja z AK podbijam do 300, jeden z naszych lokalnych „mistrzów” wypala all in za ponad 2k, ja call. Flop J84, turn T, river oczywiście K i już nie mam stacka… Innym razem odpadłem A8s kontra K6o (szóstka na river), gdy będąc na BB sprawdziłem all ina gracza na buttonie. To, że zagrał w ten sposób chcąc ukraść blindy było tak czytelne, że sprawdziłbym go pewnie nawet z JT albo jakąkolwiek parą na ręku. Do tej pory podbijał mniej więcej 2,2-2,5 BB, a tu nagle olbrzymi all in za ponad 20k! Nawet kraść blindy to trzeba umieć… No ale cóż, to on trafił swojego outa, a ja nie i zamiast bardzo dobrego stacka na dalszą walkę zostało mi miejsce tuż przed kasą… Połamanych AA i KK już nie liczę, bo bym zwariował. Na dodatek Pawcio w niedzielę na nieprawdopodobnym berecie wjechał na stół finałowy, co dodatkowo powiększyło jego przewagę. Generalnie jednak wielka kupa! Ale walczę!
W zeszłym tygodniu nie grałem też nic na żywo, bo jakoś tak mi się wszystko źle układało, że nawet raz nie wylądowałem u Clippera. W tym tygodniu mam zamiar odrobić zaległości i wreszcie pograć live. Za to w sobotę odwiedziłem nowy warszawski lokal, w którym już wkrótce rozpoczną się regularne rozgrywki pokerowe. Jego otwarciu towarzyszył turniej z cyklu Pucharu Polski Tobetu. Sam nie grałem i dotarłem na miejsce dopiero na końcówkę stołu finałowego, gdy dwóch graczy męczyło się już w HU, ale powiem szczerze, że klub wygląda naprawdę imponująco i wszystko wskazuje na to, że będzie to dobra miejscówka dla warszawskich pokerzystów. W turnieju grało prawie 70 osób i wszystko odbyło się podobno bez żadnych zakłóceń. Miejsca na stoły jest dużo, trzeba jeszcze trochę dopracować oświetlenie nad stołami i będzie ekstra. Już niedługo na pewno pojawi się więcej informacji o tym, co się tam będzie dziać, a ja również na swoim blogu będę o tym zapewne informował.
Swoją drogą to sam klub będzie chyba niezłą miejscówką na balety, bo założenie jest ponoć takie, żeby w tygodniu odbywały się tam turnieje, a w weekendy imprezy. Pierwsza odbyła się właśnie w sobotę po turnieju i było naprawdę fajnie! Coś czuję, że kolejny Jack Daniels Poker Cup w styczniu odbędzie się właśnie tam!
3 TYGODNIE BEZ PALENIA!
We wtorek mijają trzy tygodnie od momentu, gdy odstawiłem z zestawu moich używek papierosy. Walka z nałogiem trwa więc w najlepsze i coraz bardziej wierzę w to, że zakończy się ona moim pełnym sukcesem. Co prawda po drodze zdarzają mi się jakieś drobne kryzysy, ale głównie funduję je sobie na własne życzenie. Na przykład w czwartek odkleiłem przed kąpielą plaster (wiecie jak wkurzające jest pilnowanie plastra, żeby się nie odlepił od ramienia w wannie??) i zapomniałem nakleić sobie nowy. Poszedłem spać bez plastra, a rano jak wstałem to myślałem, że zwariuję. Jedno wielkie ssanie!! Jednak te plastry dostarczają jeszcze mojemu organizmowi jakieś tam dawki nikotyny, od której się przez 21 lat palenia uzależniłem i nie jest mi jeszcze łatwo bez nich funkcjonować. Z drugiej strony odczuwam skutki uboczne korzystania z tej formy rzucania palenia. Są to ciągłe problemy ze snem. Jak zapewne wiecie ja i tak od dawien dawna nie mam czegoś takiego jak zegar biologiczny (a jak mam to urządzenie to jest od paru lat popsute na maxa), ale to co odstawiam teraz ze spaniem to jakaś parodia. Albo potrafię nie spać po 1,5 doby i mam problem, żeby w ogóle zmusić się do pójścia spać, albo jak już zasnę to śpię kilkanaście godzin i nie mogę się obudzić. Zdarza się też, że idę spać, wstaję po paru godzinach, pokręcę się trochę i idę zaraz znowu spać na kolejnych kilka godzin. No masakra jakaś! Żeby tego wszystkiego było mało to mam ostatnio jakiś prawdziwy festiwal pseudonarkotycznych snów! Mi się generalnie od paru lat nic nie śni, a jeśli już to tak rzadko, że są to wyjątki potwierdzające regułę. Od momentu odstawienia papierosów sny nękają mnie codziennie i nie dadzą mi się porządnie wyspać. A śnią mi się takie głupoty, że aż sam jestem zdziwiony skąd w ogóle do mojej podświadomości trafiają takie bzdety. To tak jakby ktoś z mojego mózgu z zakładki „śmieci” wysypywał wszystko w momencie, gdy idę spać. Stąd na przykład sen o imprezie w pustym ogromnym basenie z wesołym miasteczkiem w środku, sen o tym jak to Doda została moją żoną i wyjechałem z nią na kolonie czy też sen o tym jak ratowałem moją dawno niewidzianą znajomą przed krwiożerczą sektą… Te sny są tak realistyczne, że większość szczegółów pamiętam jeszcze długo po tym jak się obudzę, a czasem tuż po przebudzeniu zastanawiam się gdzie ja się właściwie znajduję… Muszę coś z tym zrobić, bo kiedyś zwariuję. Przez sen…
BYŁ KRZYŻ, NIE MA KRZYŻA!!
Pięć miesięcy trwał cyrk na kółkach pod tytułem „Krzyż pod Pałacem”. Można powiedzieć na ten temat dużo, ale ja ograniczę się tylko do jednego stwierdzenia – już dawno nic tak nie podzieliło polskiego społeczeństwa jak ten cholerny kawałek drewna. Założę się, że nie taki mieli cel harcerze stawiając krzyż zaraz po tragedii pod Smoleńskiem. Katastrofa samolotu w kwietniu na bardzo krótki czas zjednoczyła nasze społeczeństwo, politycy wznosili hasełka o połączeniu się w obliczu narodowej tragedii, a już kilka tygodni później wybuchła wielka wojna. I to o co?? Zbierając do kupy wszystkie fakty wychodzi na to, że cała akcja pod nazwą „obrona krzyża” rozpoczęła się od tego, że ktoś chciał, aby w Warszawie stanął pomnik upamiętniający ofiary katastrofy. Ktoś inny powiedział, że nie ma sprawy, taki pomnik powstanie. Niby wszyscy zgodni, ale tu w grę zaczęło wchodzić coś, co nazywamy zazwyczaj brakiem zaufania. Ci pierwsi nie wierzyli tym drugim, że pomnik powstanie, a na znak braku wiary w ich zapewnienia zaczęli bronić krzyża jako substytutu tegoż pomnika. Ja pierdziu… Czy ktoś normalny mógłby napisać lepszy scenariusz? Słynny „Lot nad kukułczym gniazdem” dziejący się w większości w domu wariatów to przy tym dobranocka dla dzieci! Nie muszę oczywiście mówić, że w całym tym pierdolniku na Krakowskim Przedmieściu główne role odegrali dwaj przywódcy Moherowych Bojówek – prezes Jarek i dyrektor Tadek. To oni wysyłali w bój o krzyż kolejne legiony omamionych emerytek, to oni zagrzewali do walki dzielnych, ziejących nienawiścią do wszystkiego kombatantów, to oni w końcu dodawali otuchy zmęczonym ciągłą modlitwą i machaniem krzyżami oddziałom. Cały komizm i głupotę tej akcji oddaje poniższy film – „Obrońcy Krzyża Greatest Hits”!
Gdy kilka tygodni temu nasza władza pokazała całkowitą niemoc w walce z dzielnymi hordami obrońców krzyża myślałem, że ten cyrk potrwa jeszcze bardzo długo. A tu okazało się, że to, co nie udało się policji, straży miejskiej, harcerzom i klerowi udało się o 8 rano czterem facetom w garniturach, którzy po prostu podeszli, wzięli krzyż pod pachę i wynieśli go w cholerę. Dało się? Oczywiście! Ale lepiej było wydać najpierw kilkaset tysięcy złotych z budżetu miasta na ochronę wszystkich akcji pod Pałacem, a dopiero potem pójść po rozum do głowy. Czasem naprawdę zastanawiam się w jakim popieprzonym kraju przyszło nam żyć… Kilku tetryków i religijnych oszołomów, grupka ultrasów pod banderą PiS, paru członków fan klubu toruńskiego radia i żadna władza – czy to miejska czy krajowa – nie może sobie dać rady? Co by było w takim razie w obliczu prawdziwego kryzysu w kraju? Strach pomyśleć nawet! Najbardziej wkurzająca jest w tym wszystkim rola prezesa Prawa i Sprawiedliwości, który z pełną premedytacją podjudza ludzi do występowaniu przeciwko obecnej władzy. Świadczy o tym już samo przyjście wieczorem w dniu zniknięcia krzyża pod Pałac. Kaczyński bezczelnie obraża inteligencję myślących trzeźwo ludzi mówiąc, że on tam poszedł „tylko zapalić znicz w intencji ofiar”. No kurde, kto ma w takie pierdoły uwierzyć?? Dla mnie był to jawny sygnał dla wszystkich obrońców – „Hej, ludzie, jestem z wami, ale nie mogę tego głośno powiedzieć, bo bym stracił kilka procent poparcia, a media by mnie zjadły żywcem”! To już bym go bardziej szanował jakby sam wziął w rękę transparent i różaniec i stanął pod Pałacem krzycząc „Gdzie jest krzyż?!”. Ale nie, on woli wszystko robić w białych rękawiczkach, a jak gówno wpadnie kiedyś przypadkiem w wentylator i zacznie chlapać dookoła to on powie „Ja nic o tym nie wiem, nikogo nie namawiałem do stania na Krakowskim, to nie moja robota”. Pieprzony hipokryta! Czy ktoś w ogóle pomyślał na przykład o tym, co będzie jak pomiędzy zwolennikami i przeciwnikami krzyża dojdzie do rękoczynów i przypadkowo wydarzy się tragedia? Kto za to wtedy odpowie? Znowu jedni i drudzy będą zwalać odpowiedzialność na siebie wzajemnie? Mam nadzieję, że już w kolejnych wyborach – zarówno tych samorządowych jak i parlamentarnych – polskie społeczeństwo odpowie im swoimi głosami, co o tym wszystkim sądzi. Szczerze życzę porażki wyborczej zarówno Pisiorom jak i Platformersom. Jedni i drudzy nie zasłużyli nawet na to, żeby dostać po jednym głosie…
O postawie Jarka „Mam kota, nie mam konta” Kaczyńskiego najlepiej wypowiedział się ostatnio Robert Makłowicz w programie Marcina Mellera „Drugie śniadanie mistrzów”. Jakość filmu jest marna, ale nie obraz jest tu najważniejszy. Posłuchajcie sami… Rewelacja!
PROPOZYCJE FILMOWE
Oglądam ciągle kolejne nowe filmy, ale bardzo lubię wrócić czasem po obrazów, które nie są już może najnowsze, ale odbiły swoje piętno na mnie jako widzu. Mam kilka takich filmów, które oglądam raz na jakiś czas w ramach przypomnienia. Jako, że właśnie ponownie wróciłem do kilku z nich i po raz kolejny zrobiły na mnie ogromne wrażenie to polecę Wam dziś dwa z tych najczęściej przeze mnie oglądanych. Pierwszy z nich to „The Freedom Writers” z 2007 roku z jedną z moich ulubionych aktorek Hilary Swank w roli głównej. Jest to historia oparta na autentycznych wydarzeniach, które miały miejsce w jednej z amerykańskich szkół średnich. Nowa nauczycielka bez doświadczenia trafia do szkoły, w której uczy się tzw. trudna młodzież. W związku ze sporymi problemami z dotarciem do uczniów – członków gangów, mających problemy w domu, napotykających wiecznie nowe zagrożenia w swym życiu, podzielonych rasowo i kulturowo – nauczycielka proponuje im rozpoczęcie pisania własnych pamiętników. Czytając ich historie i poznając powoli ich prawdziwe problemy rozpoczyna żmudną drogę do pokazania im nowych celów w życiu. Naraża się przy tym swoim bliskim i przełożonym… Mimo tego, że historia brzmi może banalnie to film taki na pewno nie jest. Powiem Wam szczerze, że oglądałem go już z siedem czy osiem razy i jeszcze nigdy nie udało mi się powstrzymać łez wzruszenia. Ten film po prostu łapie ze serce swoją szczerością i bezkompromisowością przekazu. Nie ma w nim zbędnej politycznej poprawności (co częste w filmach tego typu), nie ma zbędnego patosu. Jest opowiedziana słowami wielu narratorów wstrząsająca i wzruszająca historia. Polecam Wam bardzo mocno ten film!
Czy wiecie gdzie ostatnio wydarzyła się największa tragedia współczesnych czasów? Jaka była największa porażka Organizacji Narodów Zjednoczonych od momentu jej powstania? Ile osób może zginąć w przeciągu trzech miesięcy w jednym kraju w wyniku wojny domowej? Na wszystkie te pytania odpowiedź jest jedna – Rwanda i milion ofiar walk dwóch pomiędzy Hutu i Tutsi. Film „Hotel Rwanda” opowiada o tamtych dramatycznych wydarzeniach z punktu widzenia dyrektora hotelu w stolicy tego kraju, Kigali. Główny bohater – Paul Rusesabagina – był człowiekiem, któremu podczas walk między plemionami udało się uratować ponad 1200 osób przed śmiercią z rąk bojówek Hutu. W roli Paula wystąpił Don Cheadle, aktor doskonale znany pokerzystom ze swojej działalności przy organizacji turniejów Ante Up For Africa. Za rolę w tym filmie otrzymał nominację do Oscara w 2004 roku. Niesamowity obraz! A ja ze swojej strony polecam dodatkowo świetny numer „Milion Voices” podczas napisów końcowych.
BERBATOV SHOW!!
Już myślałem, że po raz kolejny Manchester United odda punkty w wygranym meczu z Liverpoolem. Jednak nie tym razem! W niedzielę mieliśmy w swoim składzie Berbatova, który w tym sezonie imponuje zadziwiającą skutecznością i w pięciu ligowych meczach strzelił już sześć bramek prowadząc w tabeli strzelców. Jest to dziwne o tyle, że przez cały poprzedni sezon strzelił w lidze tylko 9 bramek i był niemiłosiernie krytykowany. W jednym z najważniejszych meczów sezonu dał jednak niesamowity popis skuteczności i naszym największym rywalom z Anfield Road wsadził hat tricka. Szczególnie druga brameczka w tym meczu może się podobać – stadiony świata!! Ten gamoń w bramce Liverpoolu nawet się nie ruszył!! Zobaczcie sami!


