Blog przedwakacyjny

Dziś odcinek trochę mniej pokerowy, bo różnych tematów nazbierało mi się sporo i chciałbym o kilku z nich wspomnieć. Ale i o pokerze kilka słów skrobnę, bo trochę ciekawych wydarzeń ostatnio było i jest o czym pisać. Zapraszam!

Emocje na WSOP od początku ogromne!

Najpierw wydarzenie numer jeden ostatnich dni, czyli Phil Hellmuth i jego świetny początek podczas World Series of Poker. Co prawda Phil, którego darzę wielką sympatią i podziwiam jego grę od wielu lat, tym razem bransoletki nie zdobył, ale był bardzo blisko i zajął drugie miejsce. Co ciekawe, ma on już jedną bransoletkę w grę inną niż holdem i wygrał ją właśnie w razza, więc nie jest to z pewnością przypadek. Phil wygląda na mocno skoncentrowanego i zdeterminowanego, aby i w tym roku powiększyć swój dorobek na WSOP-ie, choć jest on i tak już kosmiczny. Trzynaście tytułów, pięćdziesiąt stołów finałowych – to musi budzić respekt nawet u osób, które za kontrowersyjnym Philem nie przepadają. Wierzę mocno w to, że przynajmniej jedną bransoletkę „Poker Brat” w tym roku zdobędzie i mocno mu kibicuję.

Fantastycznie rozpoczęła też WSOP Vanessa Selbst i choć nie przepadam za nią, bo wydaje mi się zwyczajnie mało sympatyczną osobą (albo takie stwarza ciągle wrażenie, choć takie opinie słyszałem o niej już kilkukrotnie), to jednak szacunek do jej umiejętności mam ogromny. To, co ona wyprawia ostatnio na turniejach, to jest po prostu nieprawdopodobne! Ilość wygranych tytułów i kasy przez ostatni rok czy dwa powalają na kolana pewnie nie tylko mnie, ale i najbardziej utytułowanych graczy na świecie. W evencie nr 2, który wygrała, miał ją na stole Phil Hellmuth i nie dała mu zupełnie pograć mając olbrzymi stack i tłamsząc wszystkich graczy z nią grających. Jeśli miałbym stawiać teraz na kobietę, która zajdzie najdalej w Main Evencie, to Selbst wydaje się być absolutnie pierwszym wyborem. Kto wie, może wejdzie jako pierwsza kobieta do November Nine?

Ciekawostką jest również fakt, że tuż przed ostatecznymi rozgrywkami w evencie nr 10 (10.000$ Limit Omaha Hi-Low Split-8 or Better) przy osiemnastu graczach pozostających w grze prowadzi Rosjanin Viatcheslav Ortynskiy. Niewtajemniczonym może to nazwisko wiele nie mówi, że Sławek to gracz od wielu lat mieszkający w Warszawie, uczestnik dziesiątków turniejów i gier cashowych rozgrywanych w stolicy, wybitny specjalista od wszelkich odmian omahy. Jego pozycja absolutnie mnie nie dziwi, kibicuję mu również gorąco, bo w przypadku jego wygranej byłaby to taka po trochu „nasza” bransoletka. Na razie ma sporą przewagę nad swoimi przeciwnikami i oby utrzymał ją aż do samego końca tego turnieju.

Finał w Hicie czyli tak się to powinno robić

W piątek i sobotę w warszawskim kasynie Hit odbył się największy legalny turniej pokerowy od czasu wprowadzenia w naszym kraju chorej ustawy hazardowej. Co prawda znajdzie się na pewno kilka osób, które powiedzą, że można było coś zrobić lepiej i zaczną się czepiać choćby ograniczonego do 120 osób limitu graczy, ale trzeba sobie powiedzieć jasno, że takiej pokerowej imprezy nie zrobiło żadne polskie kasyno od 1 stycznia 2010 roku. Organizacja na wysokim poziomie, catering dla graczy, duża pula nagród, olbrzymie puchary, doskonałe warunki do gry w kasynie, jednym słowem udany event pod każdym względem. Gdyby nie regulaminowe ograniczenia, to w turnieju tym zagrałoby pewnie ze trzystu graczy, może nawet więcej, bo chętnych było multum.

Mi turniej niestety ewidentnie nie poszedł i choć miałem fajny stół, to zupełnie nie miałem czym straszyć rywali. Zaczęło się wszystko nieźle, bo ze swoim A8 w treflach połamałem seta króli, potem jednak z 30k w stacku, które miałem po tym rozdaniu, powoli spadałem i spadałem nie mogąc wygrać większego rozdania. W końcu doszło do ciekawego rozdania tuż przed drugą przerwą. Mając w zapasie potencjalne re-entry i 13k w stacku zagrałem all in z 76 (blindy 400/800) po podbiciu od jednego z graczy do 1600 i sprawdzeniu od kolejnego zawodnika. Kolejny gracz zagrał swój all in, a pierwotny agresor również sprawdził. Pierwszy pokazał AK, drugi QQ, ale flop 669 dał mi potrojenie i stack w wysokości 40k. Na tym szczęście się jednak skończyło. Pół godziny później przegrałem olbrzymią pulę (moje A6 w treflach na flopie 985 z dwoma treflami nie dało rady setowi dziewiątek) i niedługo później odpadłem KJ vs JJ i było po zabawie.

Chciałbym napomknąć tu jeszcze o jednej ciekawej sytuacji, która miała miejsce podczas turnieju. Choć może „ciekawej” to nie jest najlepsze słowo, lepiej byłoby napisać „niesmacznej”. Na turnieju stawiła się duża grupa zawodników z Poznania, a wśród nich element wyjątkowo wkurwiający (zazwyczaj nie bluzgam w swoim blogu, ale tu sytuacja po prostu wymaga takiego określenia). Był nim kolega o dźwięcznej ksywie Western, ponoć czterokrotny zwycięzca ligi w poznańskim Hicie. Zachowywał się dokładnie tak, jak na to może wskazywać jego ksywa – nowy szeryf zawitał do miasteczka, bójcie się ludzie! Wiecie jak to jest, jak od samego pierwszego spojrzenia, od pierwszych wypowiedzianych słów ktoś was nieprawdopodobnie irytuje? Takim typem człowieka był właśnie wspomniany kolega. A co to nie on, a kim on nie jest, a jaki on nie jest „miszczu”, a pokażcie mu tu szybko tutejszych kozaków, bo on przyjechał właśnie wszystkich tu rozpierdolić, wydymać i zgwałcić przy stolikach (cytat autentyczny, powtarzany zresztą niejednokrotnie przez wspomnianego kolegę). Zanim się turniej rozpoczął już wszyscy mieli gościa dosyć. Z informacji uzyskanych od chłopaków z Poznania udało mi się dowiedzieć, że akurat u tego gracza to norma w zachowaniu i nawet nie pokazał jeszcze pełni swoich „możliwości”. Oczywiście skończyło się tak, jak się to kończy w takich przypadkach – krowa, która dużo ryczy, mało mleka daje i kolega Western odpadł jako pierwszy czy drugi nie mając nawet takiego pomysłu, żeby skorzystać z opcji re-entry. Coś tam jeszcze chwilę pobrzdąkał na sali próbując bezskutecznie wzbudzić zainteresowanie swoją osobą, ale w związku z brakiem odzewu szybko się zwinął i tyle go widzieli. Mam nadzieję, że ta sytuacja da temu koledze jakąś nauczkę na przyszłość i przy okazji kolejnego turnieju w Warszawie przyjedzie tu z większym szacunkiem do swoich przeciwników, bo to, co pokazał w piątek było po prostu żenujące, co potwierdzą pewnie wszyscy, którzy tak jak ja patrzyli się na niego z politowaniem…

Kod do rejestracji: POKERTEXAS

Mix tematyczny

Dobra, dość o pokerze, czas na inne tematy. Po pierwsze i najważniejsze – Legia zdobyła kolejny tytuł mistrza Polski!! Oczywiście zapowiadało się na to od dłuższego czasu, ale w końcu ostateczne rozstrzygnięcia zapadły i Warszawa znowu może się cieszyć z najlepszej drużyny w Polsce. Praca wykonana przez ostatnie dwa lata przez prezesa Leśnodorskiego to dla mnie wzór prowadzenia profesjonalnego klubu piłkarskiego, do którego obecnie daleko reszcie polskich ligowców, stąd też sukcesy Legii nie są też jakimś wielkim zaskoczeniem. Oczywiście wciąż pozostaje temat występów Legii w europejskich pucharach i dopiero teraz przez Legią Berga prawdziwe sprawdziany ich możliwości, ale jestem umiarkowanym optymistą. Może nie będzie to jeszcze Liga Mistrzów (choć oczywiście marzę o tym jak każdy kibic Legii), ale uważam, że do fazy grupowej Ligi Europy Legia powinna się dostać. Mam nadzieję, że zagra tam lepiej niż w zeszłym roku pod wodzą Urbana, bo chyba gorzej zagrać i tak nie można… W każdym razie feta na Starówce była wspaniała!

Temat drugi to kolejny blamaż Agnieszki Radwańskiej w Wielkim Szlemie. Niestety, od kilku lat powtarzam, że naszej najlepszej tenisistce przydałby się dobry psycholog i po raz kolejny okazało się, że mam rację, bo jej głowa to dla mnie jest największa zagadka wśród zawodowych sportowców (no, może poza Mario Balotellim, ale to inny przypadek). Jak można po raz kolejny mieć taką szansę na wygranie wreszcie turnieju wielkoszlemowego i po raz kolejny (który to już?!) zmarnować ją w taki sposób? Znowu wszystko ułożyło się wyśmienicie – Na Li i Serena Williams, z którymi Isia grać nie lubi i nie za bardzo umie, odpadły w dwóch pierwszych rundach i wszystko wskazywało na to, że tylko Maria Szarapowa może jej staną na drodze po wygraną. I co? I znowu to samo! Przegrała w trzeciej rundzie z jakimś nisko notowanym ogórkiem i po raz n-ty obejdzie się smakiem. Ile takich szans jeszcze może dostać Radwańska od losu, żeby w końcu spełnić się sportowo? Nie wiem, ja tego nie rozumiem. I nie rozumiem sztabu szkoleniowego tenisistki, który wydaje się w ogóle nie reagować na tego typu sytuacje.

Odbyły się wybory do europarlamentu i wreszcie umiarkowany sukces odniósł Janusz Korwin-Mikke, który zanotował ze swoją partią wynik gwarantujący zaistnienie na scenie politycznej na szerszą niż do tej pory skalę. Mam nadzieję, że ten wynik pokaże wielu osobom, które polską prawicę skazywały już na polityczny niebyt, że warto jednak oddać głos w wyborach do Sejmu w przyszłym roku na partię JKM. Nie wierzę oczywiście w spektakularne zwycięstwo tej partii w tych wyborach, ale uważam, że w naszym skostniałym cyrku politycznym musi znaleźć się miejsce na kogoś z radykalnymi, może nawet kontrowersyjnymi dla wielu, poglądami społecznymi, ekonomicznymi i politycznymi. Jednym słowem – dla opozycji, która będzie nią nie tylko z nazwy. Oczywiście media już od ogłoszenia wyników głosami swoich „ekspertów” starają się ten wynik zdyskredytować, a samego Korwina-Mikke ośmieszyć po raz setny, ale tym razem mogą im się takie śmierdzące zagrywki nie udać. Czas oczyścić polski parlament, czego najlepszym dowodem jest porażka jednego z ulubieńców mediów, Janusza Palikota…

Jak jesteśmy już przy temacie polityki – Polskę odwiedza właśnie prezydent USA Barrack Obama i jedna jego wypowiedź rzuciła mi się dziś mocno w oczy, o czym pisałem nawet na swoim Facebooku. Napisałem tam tak:

„Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. Lepszego przyjaciela niż Polska nigdzie na świecie nie mamy” – powiedział dziś Obama podczas konferencji prasowej. Hmmm, ja to swoich przyjaciół lubię zapraszać do domu i nie zamykam im możliwości odwiedzania mnie, ale może ja jakiś dziwny jestem…

W sumie nie będę tego nawet dalej komentował, bo ten wpis mówi już chyba wszystko, co myślę o takich debilnych deklaracjach…

Na dziś to tyle. Kolejny odcinek bloga napisze już pewnie z Hiszpanii, gdzie wybieram się za niecałe trzy tygodnie na wakacje i przy okazji na Deep Stack Open w Lloret de Mar. Może będę w lepszym nastroju niż po finale w Hicie 🙂

A na koniec jeszcze tylko kawałek, który powinien być chyba hymnem wszystkich uczestników WSOP i innych turniejów pokerowych na całym świecie 🙂

Kod do rejestracji: POKERTEXAS