Pokerowo
Wreszcie można powiedzieć, że Warszawa pokerem stoi. Ja oczywiście jako zwolennik WLP (bywam przeważnie dwa razy w tygodniu) oraz Hyatt’a (od jakiegoś czasu nic się tam nie dzieje) dalej raczej się nie ruszam, ale podzielam entuzjazm pokerowej braci. Istotnie, im więcej miejsc do gry tym lepiej. Ponadto w Hyatcie akurat coś wreszcie drgnie. Mam na myśli turniej Paradise Winter Cup, o którym możecie przeczytać tutaj.
Jeśli chodzi o WLP zapraszam wszystkich na czwartkową ligę. Turnieje odbywają się co czwartek o godzinie 20:00, stack 6k, Blindy tradycyjnie krótkie. Dotychczas odbyły się 3 z 12 turniejów rankingowych, także każdy chętny może jeszcze włączyć się do rywalizacji. Ja, będąc zwolennikiem lig i pokerowej rywalizacji wszelkiego rodzaju, przyjąłem oczywiście małego „boka”. Wszystko jest na dobrej drodze, by zgarnąć dodatkowe profity. Liga to jest to, na co mogę się zmotywować znacznie bardziej, niż w przypadku jednorazowych turniejów. Pomsa – zbieraj już fundusze 🙂
Zakład niepokerowy
Przy okazji licznych zakrapianych „wuelpeowskich” dyskusji doszło do kolejnego zakładu, którego tematem dla odmiany nie jest poker. Jest nim natomiast nasza piłkarska reprezentacja, a konkretniej jej występ na Euro 2012. Śmiem twierdzić, mając na uwadze sprzyjające okoliczności dotyczące rozlosowywania drużyn w grupach, że pokonamy pierwszą fazę turnieju i „wyłożymy” się dopiero w pierwszym meczu fazy pucharowej. Odmiennego zdania jest nasz eksportowy tournament director Jani, który zgodził się przyjąć zakład w formie 5:4 (moje pięć jednostek płatniczych przeciwko jego czterem). 5:4 oznacza, że Jani jednak sądzi, że mamy duże szanse wyjść z grupy, gdyż zakład 1:1 uznał za nieopłacalny. Przy zawieraniu porozumienia na światło dzienne wyszła dodatkowo głęboka wiara Jasia w myśl szkoleniową Franka Smudy, otóż, w razie zwolnienia tego fachowca i powołania innego szkoleniowca na stanowisko trenera reprezentacji narodowej zakład automatycznie jest anulowany. Jak sądzicie, ile mam out’ów?
Wesołych świąt
Za ten fragment zapewne mi się dostanie, ale co tam – nie wszyscy muszą się ze mną zgadzać. Już w poprzednim blogu zostałem zaatakowany za moje stanowisko wobec ataku na placówkę PiSu. Tyle, że tam nie było żadnego stanowiska… opisałem jedynie co się stało. Dzisiaj kilka słów o świętach. 1 listopada to, jak powszechnie wiadomo, coroczna pielgrzymka wiernych do miejsc pochówku ich bliskich. Ludzie przez cały rok biegają, pracują, bzykają się, chleją, rozwalają samochody, klepią okazjonalnie po mordach, przyjmują dopalacze, kantują, klną, łamią prawo, zatrudniają na lewo, srają w krzakach przy plaży i tak dalej. Ale w ten jeden dzień wszyscy postanawiają zatrzymać się i tłumnie ruszyć w nekropolie. Latem podążali szlakiem zamków nad Loarą, a pod koniec października biorą urlopy, by wcześniej opuścić miasta i podążyć szlakiem krzyży i marmurów. Czy ten jeden dzień w roku, ten „cmentarny maraton pamięci o bliskich”, jest faktycznym momentem wspomnień i dniem pamięci? Czy nie jest tak, że każdy „prawdziwy katolik” robi to na pokaz, żeby mieć czyste sumienie i przez cały następny rok wrócić do zajęć, które wymieniłem kilka linijek wyżej? To przecież element tradycji, z okazji 1 listopada trzeba i wypada (nawet rym mi się wkradł) umyć samochód, zapakować kubły, szmaty, środki czyszczące, zajechać pod cmentarzysko, zakupić wieńce, chryzantemy (złociste?), znicze, opierdzielić pańską skórkę (cokolwiek to jest), wypucować marmur, pomachać rączkami (czyt.: odmówić jakąś modlitwę). Ja zawsze myślałem że bliskich, niezależnie od wiary, nosi się w sercu i ma ich w pamięci, a nie odstawia szopki, przez cały rok myśląc o… (i tu znowu, drogi czytelniku, przeczytaj sobie wyliczankę sprzed kilku wersów). Wiem, ludzie są różni, ale mam takie dziwne wrażenie, że przytoczony opis pasuje idealnie do całkiem pokaźnej grupki. Ja, jako osoba nie wierząca, nie praktykująca i po grobach nie pomykająca mam to w sumie w głębokim poważaniu. Już dawno orzekłem, że po śmierci nie zamierzam nikogo zapraszać na swój grób – po co ludziom zabierać dzień wolny. Kto pamięta i tak będzie pamiętał a wszyscy robiący szopkę niech się pier….. Z resztą nie będzie gdzie mnie odwiedzać – co się da niech będzie, ku potomności, wycięte a reszta niech idzie z dymem. Każdy żyje zgodnie ze swoim własnym sumieniem. Bardziej irytuje mnie inna sprawa, która między innymi przy okazji tego typu „imprez” uwidacznia się aż do przesady. Jest to sprawa zamieszkania i zameldowania. Wiecie ile osób w ten weekend opuściło Warszawę? W sumie nie mam danych statystycznych, ale w piątek w radio słyszałem, że na każdej drodze wyjazdowej z miasta są kilkunastokilometrowe korki. Co to oznacza? Jedynie to, że masa ludzi w Warszawie tylko „przebywa”. Rozumiem – wiele osób może tutaj mieszkać, być tutaj zameldowanymi i jedynie odwiedzać swoich bliskich przy różnego rodzaju okazjach. Niestety nie jest tak do końca. Ogromna grupa przyjezdnych mieszka w Warszawie, pracuje tu, ale zameldowana jest gdzieś indziej. Oznacza to, że takie osobniki najzwyczajniej w świecie żerują na tym mieście, mając tutaj zatrudnienie, ale podatki odprowadzając zupełnie gdzie indziej. To taki nowy rodzaj pasożytnictwa. Denerwuje mnie to jak nie wiem… Taki mały apel, jeśli jakiś tasiemiec to czyta: Zamelduj się! Jeśli żyjesz z tego miasta to pozwól i jemu żyć! A jeśli nie, to, no cóż… trzy słowa do księdza prowadzącego. Teraz rozdzieram koszulę i przyjmuję na klatę komentarze, wyzwiska i groźby.
A co ja zrobię 1 listopada? Jak to co – zjem pyszny obiad i obalę wino!
przemiana
Kilka słów o mnie, bo jakoś zbyt mało egocentrycznie brzmi ten odcinek. Mówiąc wprost: wziąłem się za siebie. W czasach liceum i nieco po zwykłem ważyć 70kg. W ubiegłe wakacje waga skoczyła do 82kg. Wiem, może nie jest to tragedia, ale źle się z tym czuję. Siedzący tryb życia sprawił, że kondycja mi siadła, kilogramy poszły w ryj i w brzuch, kobiety się za mną nie oglądają (mężczyźni na szczęście też nie). Rozpocząłem operację „siłownia” i operację „dieta”. Na siłownię chodzę dwa razy w tygodniu a za chwilę dołożę trzecią, indywidualną wizytę. Indywidualną dlatego, że dwie pozostałe odbywają się pod okiem osobistego trenera (jest też trenerem Zbyszka Hołdysa, ale to chyba nie jest akurat dobry prognostyk, patrząc na postępy ZH). Dostaję niezły wycisk ale dobrze mi z tym. Równolegle rozpocząłem pracę z dietetykiem. Pani Monice włosy stanęły dęba, jak usłyszała o moich żywieniowych zwyczajach oraz o tym, że wody to ja nie pijam, tylko się w niej myję. Zaczynam jednak powoli zmieniać swoje przyzwyczajenia, nawet odstawiłem całkowicie piwo (liczę na oklaski)!
Półkolek muzyczny
Ponieważ zbliżają się święta dzisiaj w półkolku utwór o tytule „pogrzeb”. Wykonuje go grupa Band of Horses, mająca w swoim repertuarze kilka naprawdę niezłych kawałków (polecam: St. Augustine, The Grat Salt Lake czy Detlef Schrempf).
Epilog
Po ostatnim odcinku bloga dostałem wiele uwag od znajomych (i nie tylko), traktujących głównie o tym, że przeciętny czytelnik nie potrafi czytać między wierszami i połowy z tego, co napisałem i tak nie zrozumie. Pytanie, co jest lepsze: karmienie ogółu oklepanym językiem i prostymi zwrotami powiązanie z unikaniem zdań sienkiewiczowskich, „leśmianizmów” i przenośni czy też pozostanie wiernym swojemu własnemu stylowi? Sam nie wiem, tym razem jest prościej, łatwiej, przyjemniej i przystępniej. Ale do wszystkiego zawsze można się przyczepić.
Pozdrawiam i do następnego.


