W POGONI ZA PAWCIEM
Chciałoby się w takim razie powiedzieć – nudy! Ale jak zawsze mówiła mi moja mama „nudzą się tylko ludzie nieinteligentni”, a że na stare lata zaczynam doceniać mądrość rad mojej rodzicielki to zawsze znajduję sobie jakieś zajęcie, nawet przy tak niesprzyjających warunkach meteo. Wszystko, aby tylko pobudzić krew do krążenia i pobudzić resztki szarych komórek do pracy. A co innego może mnie bardziej pobudzić do działania jak nie moja rywalizacja z kolegą redaktorem Majewskim w naszym małym challenge’u? Powiem szczerze, że kilka dni temu zaczynałem już powoli wymyślać treść mojego tekstu pochwalnego, który jako przegrany musiałbym napisać. Mało tego, byłem już tak stiltowany kolejnymi porażkami w turniejach Ligi, że chciałem to wszystko pieprznąć w cholerę i oddać wygraną walkowerem! No ale sami powiedzcie, czy by Was szlag nie trafił po takiej serii?? Najpierw out z turnieju QQ na 99. No cóż, zdarza się. Dzień później na pierwszym levelu blindów (!!!) jakiś skończony matoł nie pożałował swojego stacka i wrzucił go do puli preflop z mistrzowską ręką AJ na moje KK i kupił sobie dwa walety. Kolejny out! W jednym z turniejów sam zagrałem jak debil, ale nie ze względu na moją wielką wiarę w kartę 9 5 off, tylko dlatego, że sprawdziłem czyjegoś all ina przez missclicka, który mi się pechowo przydarzył. Swoją drogą – kto gra all in na pierwszym poziomie blindów z AT??? Kolejny turniej i znowu jakiś nowy polski następca durrrra nie waha się nawet sekundy i sprawdza mojego all ina ze swoim A4 off za 90% swego stacka. Moje dwa walety w starciu z tak świetną ręką nie miały najmniejszych szans… I tak dzień w dzień! Serio, zaczynałem tęsknić za „cudownym” softem Poker Starsa! Dodając do tego, że o jednym turnieju zwyczajnie zapomniałem i wpadłem na stolik, gdy byłem już shortem i musiałem grać za resztkę żetonów z jakimś ścierwem to mamy pełny obraz moich „sukcesów” w Lidze. W tym czasie Pawcio nie robił żadnych oszałamiających wyników, ale gdy ja odpadałem jako jeden z pierwszych to on dochodził gdzieś do połowy stawki i gromadził kolejne punkty. Gdy miał już jakiś tryliard punktów przewagi miałem właśnie moment totalnego wkurzenia, załamania i chciałem to wszystko zakończyć przed czasem… Na szczęście za godzinę już ochłonąłem i od następnego dnia podjąłem walkę od nowa. Co prawda nadal jest strasznie słabo i przegrywam większość decydujących rozdań, ale teraz również Pawcio miał kilka potknięć i odpadał szybko, a to ja dochodziłem wyżej i zdobywałem cenne punkty. Obecny stan wygląda następująco – Pawcio 1279 pkt, Jack Daniels 1015 pkt. Czyli w zasięgu… Pisanie wstępu hymnu pochwalnego można na razie odłożyć…
To tyle o samej rywalizacji z Pawciem, teraz słów kilka o uczestnikach Ligi. Oczywiście zaraz podniosą się głosy w stylu „to turniej za 3€, czego Ty Jacku oczekujesz?”, ale powiem co mi leży na wątrobie, bo się inaczej uduszę – przynajmniej połowa uczestników tej Ligi to się nadaje co najwyżej do grania z babcią w wojnę, a nie do pokera! Matko kochana, pokerowa wersja „Mam talent” z przewagą uczestników typu „jem bigos na czas”!! Co jeden to lepszy lamus!! Przykład z wczoraj obrazuje pełnię dokonań takich mistrzów. Miałem na stole pacjenta, który w zasadzie brzydził się wyrzucać karty i sprawdzał wszystko jak leci. Lubił sobie po prostu flopa obejrzeć, a cena była już sprawa drugorzędną. W przeciągu jednego levelu zaliczał swingi od mega shorta do big stacka i z powrotem. Aż w końcu przy blindach 75/150 wszedł w podbicie do 600, za nim jakiś gracz przebił do 1800, pierwotny agresor sprawdził i mój bohater też nie pożałował żetonów i dołożył brakujące 1200. Na flopie 883 (dwa piki) doszło do trzech all inów – QQ, JJ i radosne Q4 w piku mojego nowego idola! Trafił nawet kolor, ale akurat tak się stało, że na turnie spadła trzecia ósemka i przegrał wszystko z dwoma fullami. Ktoś powie pewnie – zdarza się. No tak, zdarza się, tylko gość przed rozdaniem miał dobrze ponad 5k w stacku, miejsce w czołowej piętnastce w tym momencie turnieju i oddał wszystko jak ostatni kretyn ładując się z jakiś ścierwem w grubą akcję, gdzie od razu śmierdziało na kilometr dwoma wysokimi parami lub przynajmniej jakimś AK. Tego typu sytuacji widziałem setki przez dwa tygodnie trwania tej Ligi i wnioski są zatrważające – mamy strasznie słabych graczy! Słabych, a do tego głupich, bo nie wyciągają żadnych wniosków ze swojej kiepskiej gry… Howgh!
Z ostatniej chwili – nie jestem chyba lepszy, bo wczoraj oddałem stack jak dziecko, pomimo tego, że czułem przez skórę, że przeciwnik ma seta… Ale na wszelki wypadek jak zwykły fish zapłaciłem wszystkimi żetonami, żeby się o tym przekonać, samemu mając jakąś obsraną parę! Sam też jestem donk! A Pawcio znowu uciekł… Ech…
W zeszłym tygodniu ze względu na wyjątkowy głód pokera live postanowiłem podejść na poważnie do gry w Barze Alternatywnym. Ostatnio w zasadzie nie grałem tak w turniejach w ogóle, bo wolałem potyczki w tajczyka, a jeśli już grałem to tylko do momentu, gdy zebrał się skład do taja i wtedy szybko wywalałem się sam z turnieju i zmieniałem dyscyplinę. Teraz miałem naprawdę ochotę pograć i od razu odbiło się to na wynikach. We wtorek byłem trzeci, a dwa dni później podczas turnieju, z którego część pieniędzy poszła na leczenie Mipiego, zająłem siódme miejsce. Pewnie w czwartek było by lepiej, ale postanowiłem tego dnia oddać się przyjemnościom spożywania wysokoprocentowego ekstraktu z ziemniaków i na stole finałowym już nie ogarniałem zbytnio co się dzieje. Ale ważne, że udało się coś pograć, bo już myślałem, że w Alternatywnym nigdy nie zmuszę się do normalnej gry.
Nowe plotki donoszą, że za kilka dni poker wraca do warszawskiego Olympica! Jest to tym bardziej dobra informacja, że na stronie Casinos Poland nie ma żadnej informacji o nowym cyklu, który miał się ponoć odbywać w kasynie w Marriotcie i chyba nic z tego jednak nie będzie. Z tego co udało mi się dowiedzieć zasady turniejów w Hiltonie będą takie jak do tej pory w Hyatcie, więc frekwencja powinna dopisywać. Oby wszystko ruszyło jak najszybciej!
OBRAZ NĘDZY I ROZPACZY
Nie chciałem ostatnio komentować tego, co się dzieje na Łazienkowskiej, ale w końcu muszę i o tym napisać kilka słów. Legia gra bowiem gorzej niż beznadziejnie i żadne znaki na niebie i ziemi nie wskazują na to, żeby w najbliższym czasie miało coś się poprawić. Przed sezonem wydano sporo kasy na zakupy, pościągano nowych zawodników, zatrudniono trenera, który miał zapewnić sukces i… wyszła z tego jedna wielka kupa! Pięć kolejek, dwie wygrane, trzy porażki i tylko sześć punktów na koncie. A co najważniejsze i najgorsze – zero pomysłu na grę! Czy tak ma grać nowa Legia? To ja już wolałem Legię Urbana, która też grała żenująco, ale zdobywała jakieś punkty. Powiem szczerze, że od początku byłem przeciwnikiem Skorży jako trenera Legii. Uważam, że ten facet nie da rady wytrzymać ciśnienia, jakie towarzyszy prowadzeniu tej drużyny. Pierwsze efekty jego rządów widać właśnie teraz. Dziś wyczytałem, że Wawrzyniak, Iwański i Giza zostali odsunięci od pierwszego składu, a pięciu piłkarzy ma zostać dyscyplinarnie ukaranych za „nieprzestrzeganie regulaminu dyscyplinarnego i warunków indywidualnych kontraktów”. Co to oznacza? Pewnie za szybko się nie dowiemy, ale jak na mój gust wygląda mi to na olewanie treningów i balowanie po nocach w lokalach stolicy. Akurat tutaj gracze Legii mają bogate doświadczenie… Inna sprawa to poziom sportowy nowych zawodników, przede wszystkim obecnego pierwszego bramkarza. Marijan Antolović jest może talentem i kiedyś będzie z niego dobry grajek, ale póki co razi błędami w zasadzie w każdym elemencie sztuki bramkarskiej. Po odejściu Muchy po raz pierwszy od dawien dawna nie mamy klasowego zawodnika na tej pozycji. Machnowskyj też raczej nie uratuje tej drużyny. Podobne dno widać z przodu. Chinyama to cień zawodnika sprzed dwóch sezonów, Mezenga nie strzelił jeszcze bramki w lidze, pomocnicy tez skutecznością nie grzeszą. Całość wygląda bardzo słabo i pytanie brzmi – ile jeszcze to potrwa?? Zobaczymy…
Manchester United nie przeżywa może takiego kryzysu jak Legia, ale po raz drugi w tym sezonie frajersko oddał punkty w wygranym już meczu. Spotkanie z Fulham było jedynie ostrzeżeniem, bo okazało się, że z Evertonem dokonali sztuki prawie niemożliwej – tylko zremisowali w meczu, w którym w 91 minucie wynik brzmiał 3:1 dla Czerwonych Diabłów! Dwie bramki stracone w samej końcówce zabrały nam kolejne dwa punkty i strata do Chelsea już na początku sezonu wzrosła do czterech punktów. Nie chcę być złym prorokiem, ale oby takich głupio straconych oczek nie zabrakło w końcówce sezonu…
KOSMICZNE JAJA MONIKI K.
Dziś na blogu Kartki przeczytałem coś, co mnie przyprawiło o migotanie przedsionków i trudności z oddychaniem! Otóż w nawiązaniu do burzliwej dyskusji na Facebooku nasza kochana Monia napisała w swym internetowym pamiętniku te oto słowa:
„…zdołałam wreszcie zapoznać się ze „Star Wars”, a ponieważ dzieła zrodziły we mnie żądzę polemiki, zamieszczam poniżej dekalog "dlaczego NIE pokochałam SW". Jack Daniels już zdążył mi zarzucić ŚWIĘTOKRADZTWO.
1) Niegdyś przełomowe, efekty specjalne dawno już zdążyły się przeterminować, zamiast więc mieć zaparty dech, obecnie co najwyżej zatykamy się…ze śmiechu.
2) Podstawowe prawidła rzeczywistości zostają zgwałcone: przejawia się to na przykład nieznośnym hałasem w kosmosie czy nadprzyrodzoną umiejętnością głównych bohaterów do unikania gradu wymierzonych w nich pocisków.
3) Muzyka wprowadza nastrój tandetnego patosu.
4) Postaci są bezlitośnie nie rozbudowane i jednowymiarowe.
5) Dialogi silą się na rozbawienie widowni zupełnie bezskutecznie.
6) Fabuła okazuje się być naiwna, schematyczna oraz pozbawiona elementu zaskoczenia czy – nie daj Boże! – punktu zwrotnego.
7) Sceny walk jawią się jako zbyt długie i zwyczajnie…nudne.
8) George Lucas stwarza wielką i zaludnioną najprzeróżniejszymi formami życia galaktykę, a jednak prawie niczego się o poszczególnych cywilizacjach nie dowiadujemy.
9) W przedstawionej galaktyce łatwiej spotkać przerośnięte mrówki czy wojownicze misie Koralgole niż natknąć się na człowieka rasy innej niż biała.
10) Chewbutta… (ten punkt nie wymaga chyba dalszego komentarza. Przecież ów porykujący jak skrzyżowanie barana z Tarzanem włochacz bardziej nadaje się do Muppetów czy Ulicy Sezamkowej niż epickiej historii o galaktycznej wojnie!).”
Jako fan Gwiezdnych Wojen od wczesnych lat osiemdziesiątych (czyli od chwili pojawienia się ich w polskich kinach) na taką zniewagę pozwolić nie mogę, nie mam zamiaru i polemikę natychmiast podejmuję!
Gdy byłem w drugiej klasie podstawówki „Nowa nadzieja” wchodziła właśnie na nasze ekrany (miała „jedynie” 5 lat opóźnienia, co jak na nasze warunki było wtedy bardzo szybką premierą). Pierwsze pójście do kina było dla mnie niczym odkrycie nowego świata przez Kolumba. Czegoś takiego po prostu jeszcze nigdy nie widziałem i moja dziecięca fantazja w przeciągu tego jednego seansu po prostu eksplodowała! Świat przedstawiony przez Lucasa milionom ludzi na świecie – głównie tym młodym – otworzył oczy na fakt, że ludzka cywilizacja być może nie jest jedyna we Wszechświecie, że istnieje coś takiego jak przyszłość i kosmos, a w ich głowach włączyło się coś takiego jak fantazja… Śmiało mogę stwierdzić, że cała moja późniejsza fascynacja kinem zaczęła się właśnie od tego filmu. Kolejne epizody gwiezdnej sagi – „Imperium Kontratakuje” i „Powrót Jedi” – tylko pogłębiały moją absolutną miłość do Star Wars i tworzyły w mojej głowie tysiące scenariuszy na kolejne epizody, które miały powstać (dla tych co nie wiedzą – pierwsze założenia Lucasa były takie, że powstanie dziewięć części sagi, w tym trzy dziejące się wcześniej niż pierwsze epizody – i te powstały – i trzy opowiadające o późniejszych losach bohaterów). I teraz nagle Kartka, na co dzień miłośniczka niezależnego kina afgańskiego i kambodżańskich dramatów psychologicznych, wytacza ciężkie działa przeciwko czemuś, co mi pozwoliło przetrwać dzieciństwo w czasach szarej rzeczywistości za komuny!! Może ja nie rozumiem filmów, w których jakiś facet przez pół filmu gapi się w okno paląc papierosa, a drugie pół idzie przez pustynię wzdychając, ale akurat na Gwiezdnych Wojnach troszkę się znam i szargać świętości nie pozwolę!
A więc, droga Moniu, oświadczam Ci uroczyście, że Twoje argumenty są wyssane z palca i są niczym innym jak złośliwością pozbawioną jakichkolwiek podstaw. Jak uważnie i z jakim zainteresowaniem oglądałaś Star Wars niech świadczy choćby punkt dziesiąty w tym Twoim „dekalogu”. Nie ma takiej postaci jak Chewbutta!! Jest natomiast Chewbacca, przedstawiciel rasy Wookiee z planety Kashyyyk. Pilot i mechanik na statku „Sokół Milenium” należącym do jego przyjaciela, Hana Solo. Jest to postać o tyle ważna, że w jednym z epizodów mających swe miejsce po zakończeniu „Powrotu Jedi” (tym, który jeszcze nie powstał) Chewbacca ginie ratując życie Anakinowi Solo, synowi Hana i księżniczki Lei. Sama rasa Wookiee również jest dość istotna, podobnie jak „wojownicze misie Kolargole” czyli Ewoki zamieszkujące księżyc planety Endor. Obie te rasy stanęły bowiem po stronie Rebeliantów w walce z Imperatorem Palpatinem, a walki na Endorze i Kashyyyk można zobaczyć w „Powrocie Jedi” i „Zemście Sithów”.
Sądząc po Twojej dacie urodzenia, droga Kartko, to gdy „Nowa nadzieja” wchodziła na ekrany kin byłaś dopiero w planach, a nie jestem nawet pewien czy Twoi rodzice już się znali. Ocenianie więc efektów specjalnych po 33 latach od premiery to chyba jakieś kosmiczne – nomen omen – nieporozumienie. Na tamte czasy efekty specjalne w Star Wars to był taki przełom jak obecnie technika 3D zastosowana w „Avatarze” (którego swoją drogą też nie rozumiesz sądząc po Twoich wpisach na Facebooku i to też jest dla mnie skandal w biały dzień!!). Stworzenie przez George’a Lucasa całej galaktyki, planet, ich mieszkańców, bitew, statków kosmicznych i wszystkiego innego to był w tamtych czasach absolutny majstersztyk charakteryzacji, scenografii i efektów komputerowych. Mało tego, właśnie ze względu na „przeterminowanie” pod koniec lat dziewięćdziesiątych, w dwudziestą rocznicę premiery „Nowej nadziei”, wszystkie wczesne epizody zostały cyfrowo obrobione i dodano do nich – już za pomocą obecnych technik – dziesiątki nowych efektów specjalnych i scen, na których pokazanie zwyczajnie zabrakło wtedy środków technicznych (choćby dodatkowe sceny z Jabbą The Hutt). Sporą ilość również poprawiono, aby nie raziły swoją „starością”. Argument obalam więc w całości jako nieprawdziwy!!
Równie szybko rozprawię się z kolejnymi wypisanymi przez Ciebie bzdetami. Owe opisane przez Ciebie „nadprzyrodzone umiejętności głównych bohaterów do unikania gradu pocisków” to nic innego jak Moc posiadana przez rycerzy Jedi – podstawa całej sagi! Przyczepianie się do rzeczy typu patetyczna muzyka czy dialogi to już tylko paniczna próba przyczepienia się do czegokolwiek, żeby tylko punktów w dekalogu było więcej… Co do naiwnej i przewidywalnej fabuły powiem Ci tylko tyle, że gdybyś pierwszy raz oglądała gwiezdną sagę wtedy co ja i nagle dowiedziałabyś się, że Darth Vader, największy wróg Wszechświata jakiego wtedy mogliśmy sobie w naszych dziecięcych umysłach wymyślić, to zaginiony ojciec Luke’a i Lei to nie mogłabyś spać przez kilka nocy, tak jak nie mogło spać zapewne kilkadziesiąt milionów fanów Star Wars. Również sceny walk w pierwszych epizodach były wydarzeniem w historii kina. Nalot myśliwców Rebeliantów na Gwiazdę Śmierci czy pojedynki na świetlne miecze to było coś, czego żaden widz nigdy w kinie nie widział, a pościg na Endor czy też śnieżną bitwę na planecie Hoth uważam do dzisiaj za jedne z bardziej widowiskowych scen w światowej kinematografii.
Czarnoskórego również można zobaczyć, jeśli tylko się chce – wystarczy wspomnieć postać Lando Carlissiana, wbrew pozorom bardzo ważnej postaci, przez którą Han Solo trafia w ręce Jabby i zostaje zamrożony. O innych – jak choćby Mistrz Windu z epizodów I-III w osobie Samuela L. Jacksona – przez litość nie wspomnę…
Mógłbym tak ciągnąć godzinami ten mój cały wywód dławiąc i niszcząc w zarodku każdy argument wysunięty przeciwko Gwiezdnym Wojnom. To po prostu dzieło wiekopomne i nie podlega to żadnym dyskusjom. Jeśli ktoś tego nie rozumie to po prostu powinien zostać przy kinie koreańskim lub podziwiać pierwsze obrazy wytworzone przez kinematografię irańską, co najwyżej zostań fanem „Mody na sukces”, ale nigdy, przenigdy nie sięgać po kino science fiction. Nie ma bowiem takiej siły we Wszechświecie, aby zrozumiał, że Gwiezdne Wojny powstały po to, by można było marzyć…
Niech Moc będzie z Tobą Moniu!!


