Windykacyjne wspominki

POCZĄTKI

Jak to się wszystko zaczęło? Otóż gdy pisałem do "Przeglądu Sportowego" i "Polski Zbrojnej"

(tak, była kiedyś taka gazeta!) artykuły o sporcie przyjechał do mnie stary znajomy i mówi tak: "Słuchaj Rafał, zaczynam pracować w nowej firmie, może byłbyś zainteresowany, zawsze

miałeś dobrą gadkę, nadasz się" itd. Pomyślałem, że co mi szkodzi zobaczyć o co chodzi w

tym interesie. Poszedłem na spotkanie, dowiedziałem się na czym ma polegać praca i kilka dni

później po raz pierwszy pojechałem w teren. Moim rejonem pracy była warszawska Praga,

dzielnica o nie najlepszej reputacji, za to moja ukochana, bo na niej się wychowałem i znałem

tu każdy kamyk i każdą ulicę. W tym specyficznym rejonie nie chciał pracować nikt z mojej

nowej firmy, a ja z kolei nie chciałem pracować nigdzie indziej, więc układ był świetny. Moje

pierwsze zlecenia (a był to jakiś początek roku 1993) to nie były jakieś wielkie kwoty. Ot, parę

milionów tu, parę milionów tam. Tak, milionów to było jeszcze przed denominacją! Po kilku

tygodniach miałem w firmie opinię człowieka do zadań specjalnych. Nie było dla mnie długu

nie do odzyskania. Jak mi zamykano przed nosem drzwi to wchodziłem oknem. I z tego też

powodu dostałem takie oto zlecenie…

Pewna staruszeczka, 80 lat z okładem, wzięła na kredyt super drogi telewizor. Oczywiście rat

nawet nie zaczęła płacić, więc afera, pewnie wyłudzenie, kto jej dał taki kredyt itp. Sprawa

trafiła w końcu do mnie, bo babinka mieszkała na ulicy Szwedzkiej. Ulica ta leży w rejonie

słynnego praskiego "Trójkąta Bermudzkiego", co tam trafia to już stamtąd nie wychodzi.

Wziąłem kolesia z osiedla (który akurat uczył się przy mnie roboty) i pojechaliśmy na rewiry.

Wpadamy do obskurnej kamienicy, walimy w drzwi, otwiera nam babinka – dłużniczka.

Grzecznie zaprasza nas do mieszkania i po krótkim wstępie informuje, że sprawą telewizora

zajmuje się jej synek (czy wnuczek, nie pamiętam już dokładnie). Wchodzimy do pokoju i

naszym oczom ukazuje się obrazek rodem z "Wielkiego Szu", w rogu stoi jakaś rozpadająca

się szafa, w drugim rogu na jakimś taborecie stoi "nasz" telewizor, a pośrodku z sufitu zwisa

na kablu żarówka. Pod żarówką stoi stary kwadratowy stół a'la stołówka zakładowa w FSO,

a przy stole siedzi czterech gości i rżną w karty. Na stole leży fura pieniędzy, a jak gdyby

nigdy nic obok każdego z graczy na stole leży sobie pistolet! Generalnie w tym momencie

chciałem tylko się stamtąd wydostać, mój koleś dostał jakiś dziwnych drgawek, a ja kląłem

w duszy moją kochaną dzielnicę. Jeden z typów spojrzał na mnie i pyta grzecznie: "Czego

kurwa". No to ja zaczynam swoją standardową nawijkę, że przyjechałem wyjaśnić zaległości,

że to pewnie jakaś pomyłka, że to można na pewno jakoś wytłumaczyć. Gość zlał mnie na

maxa, po czym sięgnął ręką na stół, chwycił garść (dosłownie garść!) banknotów i rzucił mi

na podłogę pytając "Starczy". Szybciutko odliczyłem sobie kwotę za cały kredyt (starczyło!)

i pytam klienta, czy wypisać mu może druk KP, czyli potwierdzenie wpłaty. Po krótkim i

rzeczowym "Spierdalaj" zrozumiałem, że muszę się oddalić. Po wyjściu byliśmy zlani potem

i nie mieliśmy już ochoty na dalszą pracę tego dnia. Ale sprawa załatwiona!

Następny temat nie był już taki łatwy do realizacji. Dłużnikiem był trep, w sensie wojskowy

z podwarszawskiego Legionowa. Facet notorycznie mnie olewał, nie pojawiał się w domu

gdy byliśmy umówieni, a jak już raz go w domu zastałem to mnie nawet nie wpuścił do

mieszkania i przez drzwi powiedział, że mogę mu skoczyć. No cóż, nie lubiłem w mojej

pracy takiej postawy dłużnika. Jako ambitny pracownik postanowiłem nie odpuścić gościowi

i doprowadzić sprawę do szczęśliwego końca. Tak się dziwnie złożyło, że gość miał u nas

dwa kredyty, jeden na kamerę video, a drugi na komplet mebli kuchennych. Pewnego dnia

krążąc po okolicy postanowiłem znienacka zajechać do niego do domu. Okazało się, że w

domu była żona dłużnika i mi tylko tego było potrzeba. Kazałem miłej gospodyni wypakować

garnki i mąki z kuchennych szafek oraz przygotować kamerę wraz z oprzyrządowaniem do

przekazania. Mój koleś poleciał w tym czasie załatwić jakiś transport na meble i zanim pan

oficer wrócił do domku to było po temacie, meble z kamerą pojechały z nami do firmy.

Następnego dnia rano dostałem od mojego szefa (były pracownik służb, ale dusza człowiek)

wolne za załatwienie tego tematu (w sensie, była okazja, żeby się napić po sukcesie). Gdy

przyjechałem do firmy wychodził z niej właśnie mój dłużnik! Okazało się, że warował od

świtu pod naszym biurem, wpadł do środka i z miejsca zaczął kręcić awanturę! Zaczął ponoć

od tego, że siłą wparowałem do jego mieszkania taranując drzwi (na co podobno miał nawet

świadków w osobach sąsiadów!), wyzwałem jego żonę od najgorszych i razem z kilkoma

kolegami zastraszyliśmy ją tak, że musiała nam oddać meble! LOL! Gdyby nie fakt, że mój

szef znał całą "historię choroby" tego gościa, to może nawet musiałbym się tłumaczyć, że to

wszystko nieprawda, ale na szczęście szef okazał się dobrym dyplomatą i tak samo spuścił

gościa na bambus jak on spuszczał przez kilka miesięcy mnie. Kolejny punkt dla mnie!

PIERWSZY ODEBRANY SAMOCHÓD

Pracując nadal w tej samej firmie pewnego dnia dostałem zlecenie ekstra. I to z samej "góry"!

Z tematem przyszedł do mnie sam właściciel firmy, wtedy jeden z najbogatszych ludzi w

Polsce. Sprawa wyglądała tak, załatwił swojemu znajomemu kredyt na samochód. Facet auto

odebrał bez większych formalności, wszystko miał załatwić potem, ale sprawę olał jak tylko

wyjechał samochodem od dealera. Nawet nie podpisał umowy kredytowej! No tak to bywa jak

się załatwia tematy po znajomości. W każdym razie mój boss zlecił mi jak najszybszy odbiór

samochodu. Było to Renault Twingo, koloru sraczkowatego, ale wtedy autko wypasik. Pech

polegał na tym, że dłużnikiem był dziennikarz Radia Zet, notabene zajmujący się na antenie

tej stacji motoryzacją. No i jak to z dziennikarzem bywa ciężko go było namierzyć. No może

komuś by było ciężko. Ja pomysł na tego miglanca znalazłem od razu. Pojechałem do Radia

Zet na Piękną (byłem tak pewny siebie, że pojechałem tam autobusem, bo wiedziałem przez

Kod do rejestracji: POKERTEXAS

skórę, że wrócę już samochodem!) akurat w momencie, gdy pan dziennikarz prowadził swoją

audycję na antenie. Miłej pani na recepcji powiedziałem, że tenże pan zaprosił mnie do siebie,

więc ta nie miała większych oporów, żeby wpuścić mnie do środka. Gdy biedny dziennikarz

zobaczył przyłożony przeze mnie do szyby glejt na odbiór Twingo zbladł i szybko kazał

puścić jakąś muzyczkę. Zanim piosenka się skończyła ja już wychodziłem z kluczykami i

papierami bryki z siedziby Radia Zet. Mój boss był tak ze mnie zadowolony, że miałem ten

samochód do mojej dyspozycji przez kilka tygodni (a ja jeździłem wtedy moim supertubro

Fiatem 125p z 1976 roku!).

NA "SWOIM"

Kilka lat później miało się okazać, że był to pierwszy z kilkuset odebranych przeze mnie

samochodów. Wliczając w to potem moich pracowników w firmie, którą prowadziłem to

uzbierało by się pewnie ich z 1500-2000. Sam nie wiem, nigdy tego dokładnie nie liczyłem.

Pamiętam tylko kolejne lawety pełne samochodów zajeżdżające do mnie na plac. A że moi

ludzie pracowali jak wściekli to i efekty były dobre. Ja sam również nie siedziałem na tyłku

tylko szukałem sobie kolejnych wyzwań, czyli spraw, których moi pracownicy nie mogli

w żaden sposób ugryźć. A było ich sporo. Na przykład sprawa pewnego Fiata Multipla.

Cała ta sprawa śmierdziała od samego początku. Dłużnik zaginiony w akcji, zakład pracy

fikcyjny, mieszkanie dłużnika od lat puste, temat w zasadzie nie do załatwienia. No, ale

jak to bywa w takich przypadkach pomógł czysty przypadek. Pewnego dnia wieczorem

pojechałem z żoną do wypożyczalni kaset wideo. Gdy ona grzebała jeszcze po półkach za

jakimś filmem dla siebie ja podjechałem na stojącą tuż obok stację benzynową zatankować

samochód. Podjeżdżam i oczom nie wierzę! Przede mną stała poszukiwana od ponad roku

Multipla!! Numery rejestracyjne znałem od miesięcy na pamięć, tak jak i wszystkie dane

dłużnika. Nie mogłem się mylić! Jedno małe "ale", w bryce siedziało dwóch karków, a nie

starszy pan dłużnik. Złodzieje z Bródna, praskiego osiedla, znani mi z widzenia. Co oni

robili w tym samochodzie? Patrzę jak się zbierają do odjazdu, a w tym czasie dostojnie

spacerkiem do samochodu idzie moja małżonka z kasetami pod pachą. Szybko otworzyłem

okno, krzyknąłem jej, żeby brała taksówkę do domu i z piskiem wyciąłem za Multiplą ze

stacji. Nie wiem co mnie podkusiło, ale wyprzedziłem Multiplę i stanąłem w poprzek ulicy!

W tym momencie muszę wspomnieć, że jeździłem wtedy czarnym Volkswagenem Passatem,

czyli bryką kojarzącą się wielu osobom jednoznacznie z szeroko pojętym "miastem". Ten

element chciałem wykorzystać w moim obmyślonym na biegu planie. Wiedziałem, że szczurki

z osiedla nie są żadnymi kozakami, ot zwykli złodzieje radyjek samochodowych. Wyskoczyłem

z mojego samochodu, podleciałem do nich, otworzyłem drzwi i z miejsca zacząłem się na nich

wydzierać! Nie powiem, byłem lekko speniany, że któremuś odbije jakaś palma. Ale tych

dwóch gości dosłownie zamurowało! Zacząłem się na nich drzeć – czy wiedzą czym jeżdżą, że

ten samochód jest na policyjnym "bębnie" i szuka go każdy policjant w mieście i tego typu

zmyślone pierdoły. A przy okazji chciałem się dowiedzieć jak to się stało, że w ogóle ten

samochód jest w ich posiadaniu. A okazało się, że mój dłużnik przegrał samochód w pokera!

A oni kupili go od zwycięzcy tej gry! Oczywiście za jakieś grosze. Kilka minut negocjacji

i tysiąc dolarów w gotówce przekonało moich nowych "kolegów" do przekazania mi bryki.

14-miesięczne poszukiwania zakończyły się sukcesem!

Fantazji nam w firmie nie brakowało. Tak jak w przypadku pewnego pana, który zakupił na

kredyt Fiata Punto. Kredyt owszem wziął, jednak miał straszne opory co do płacenia kolejnych

jego rat. Miesiące mijały, gość jak nie płacił tak nie płacił, ale znaleźć go nie mogliśmy. To

znaczy inaczej, jak to często bywało kryła go mamusia. A że pan dłużnik u mamusi był tylko

zameldowany to trafić go było prawie niemożliwe. Gdy mój pracownik już się poddał w tej

sprawie wpadliśmy na pewien pomysł. Udałem się do owej mamusi, przedstawiłem się jako

pracownik banku i spytałem o dłużnika. Mamusia oczywiście rozpoczęła słodką gadkę, że nie

wie gdzie jest, że nie ma adresu ani telefonu, że synek się tylko czasem u niej pokazuje itp.

I tylko tego było mi potrzeba! Z naprawdę bardzo zasmuconą miną oznajmiłem mamusi pana

dłużnika, że jest mi niezmiernie przykro, ale w takim razie nagroda przypadnie pewnie komuś

innemu. Hasło zadziałało. Mamusia zareagowała tak jak miała to zrobić. "Nagroda? Jaka

nagroda?". A ja jej na to: "Otóż proszę pani, w wyniku losowania wśród naszych klientów

pani syn został szczęśliwym posiadaczem nowego samochodu marki Fiat, ale muszę się z nim

dziś szybko skontaktować w celu podpisania dokumentów w tej sprawie. No, ale pani nie ma

do niego żadnego kontaktu, więc…". Zanim skończyłem mamusia już dzwoniła do synka w

cudowny sposób odświeżając sobie pamięć i numer telefonu. "Krzysiu, przyjeżdżaj szybko,

jest pan z banku, wygrałeś w nagrodę samochód!!". Krzysiu dotarł w jakieś 7 minut. Był tak

podniecony swoją wygraną, że zastosowałem taktykę rodem z pokera czyli slow roll. Najpierw

powtórzyłem mu całą historyjkę o nagrodzie, a gdy ten już chciał ode mnie w zasadzie dostać

kluczyki do nowej bryki ja zadałem jedno niewinne pytanko: "A mógłbym zobaczyć dowody

wpłat pana rat kredytowych?". Moje pytanie trochę zbiło pana dłużnika z tropu i coś zaczął

mi opowiadać o "chwilowych" problemach (śmiesznie to brzmi po prawie roku niepłacenia

rat!), więc ja mu z taką samą smutną miną oznajmiłem, że w takim razie to ja muszę mu

odebrać zakupiony na raty samochód i nagroda mu przepada. O rany, jakbyście widzieli jego

minę! Bezcenne!

Rozpisałem się. Jakbyście chcieli poczytać jeszcze o moich windykacyjnych przygodach

poczekajcie do następnego odcinka. A w nim między innymi o ucieczce dłużnika przez okno,

potyczkach z mafią wałbrzyską, moimi starciami z królem Cyganów lub o numerze z

pieczątkami robionymi "orzełkiem" dwudziestogroszówki. Chętnie wam opowiem, historyjek

mi nie brakuje!

Kod do rejestracji: POKERTEXAS